| Obchodzone dziś święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny na Jasnej Górze traktowane jest jak odpust. Do sanktuarium przybywają różne grupy zorganizowane, dotarła nawet pielgrzymka piesza. W 65. rocznicę aktu oddania Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu NMP przez kard. Augusta Hlonda, wieczorem nastąpi jego ponowienie. | |
| W kazaniu podczas Sumy odpustowej z udziałem częstochowskiej Kapituły Archikatedralnej ks. inf. Ireneusz Skubiś, scholastyk Kapituły przypomniał, że akt zawierzenia wypowiedziany był w tragicznym dla Polski czasie. - Rok 1946, Polska płakała po strasznych niemieckich zbrodniach, i po sowieckich zbrodniach. Tylu naszych braci i sióstr zostało zamęczonych, zastrzelonych, zabitych, upodlonych. Płakała Polska także patrząc na całe Kresy Wschodnie, gdzie wypędzili ludzi aż do dalekiego Kazachstanu i dalej. I ta Polska potrzebowała serca. Było jedno, jedyne, najdroższe Serce Maryi, i wielki Prymas Polski kard. Hlond temu właśnie Sercu oddał Polskę – powiedział kaznodzieja. Ks. Skubiś podkreślił, że bez tego przytulenia do serca Matki i oddania Jej Polski w 1946 r., nie byłoby naszej Ojczyzny i Europy w takim kształcie, jaka jest dzisiaj. Zauważył, że dziś w kraju, gdzie „dzieje się źle” koniecznym jest odnowienie tego aktu zawierzenia. Akt Poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi, Sługa Boży kard. August Hlond wypowiedział na Jasnej Górze 8 września 1946 r., w obecności Episkopatu Polski i miliona wiernych. „Tobie i Twojemu Niepokalanemu Sercu poświęcamy siebie, naród cały i wskrzeszoną Rzeczypospolitą, obiecując Ci wierną służbę, oddanie zupełne oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Synowi Twojemu, a naszemu Odkupicielowi ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła, szerzenie Jego Królestwa” mówił wówczas kardynał. Ks. Teofil Siudy z Częstochowy, mariolog, przypomniał, że ten akt zawierzenia zapoczątkował maryjną drogę Polaków. – Późniejsze akty oddania, zawierzenia Matce Bożej, łącznie ze Ślubami Jasnogórskimi, którym patronował kard. Stefan Wyszyński, one z tego aktu kard. Hlonda wynikały – zauważył ks. Siudy. Uroczyste odnowienie aktu poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi według wskazań fatimskich nastąpi podczas wieczornego Apelu. Jak podkreślił o. Roman Majewski, przeor klasztoru, będzie to ponowne wejście na drogę zawierzenia śladem wielkich Polaków. - Grzechem byłaby głuchota na głos Matki Bożej z Fatimy. Dlatego idąc śladami naszych wielkich pasterzy: Sługi Bożego kard. Augusta Hlonda, wielkiego Prymasa Tysiąclecia Stefana kard. Wyszyńskiego i bł. Jana Pawła II, powtórzymy i my ten akt – powiedział o. Majewski. Każdy z obecnych na Apelu Jasnogórskim pielgrzymów otrzyma tekst aktu zawierzenia i przeczyta go na kolanach. Nabożeństwo poprzedzi modlitwa różańcowa w intencji Ojczyzny. | |
| it / Jasna Góra | |
| -- Katolicka Agencja Informacyjna ISSN 1426-1413; Data wydania: 08 września 2011 Wydawca: KAI; Red. naczelny: Marcin Przeciszewski | |
Sługa Boży Kard. August Hlond
9.10.11
Jasna Góra: ponowienie aktu kard. Hlonda
5.7.11
Katowice: 130. rocznica urodzin kard. Augusta Hlonda
| Polska na nowo pojawiła się na mapie Europy. Trzeba było jednoczyć tereny poszczególnych zaborów. Przez 22 lata dokonywał tego Ślązak, August Hlond, pierwszy biskup katowicki – powiedział metropolita katowicki abp Damian Zimoń w czasie Mszy św. odprawionej 5 lipca w archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach w 130. rocznicę urodzin Sługi Bożego kard. Augusta Hlonda, Prymasa Polski. | |
| Abp Zimoń przypomniał, że spodziewano się mianowania Prymasem Polski innego biskupa. Jednak Stolica Apostolska do tej trudnej misji wybrała właśnie młodego śląskiego biskupa. Jego posługa przypadła na czas II Rzeczypospolitej, drugiej wojny światowej oraz początków „demokracji ludowej”. Metropolita katowicki wspominał przeniesienie doczesnych szczątków kard. Hlonda z krypty do kaplicy w archikatedrze warszawskiej. Sługa Boży kard. August Hlond urodził się 5 lipca 1881 r. na pograniczu Brzęczkowic i Mysłowic. Od szóstego roku życia uczęszczał do szkoły ludowej w Brzezince. Jako chłopiec wraz ze starszym bratem Ignacym udali się do Turynu. W 1897 r. August złożył śluby zakonne w zgromadzeniu księży salezjanów. Podjął studia na Uniwersytecie Gregoriańskim, które ukończył doktoratem z filozofii w 1900 r. Po powrocie do Polski, do święceń kapłańskich pełnił obowiązki wychowawcy i nauczyciela, dyrygenta chóru i sekretarza dyrektora zakładu salezjańskiego w Oświęcimiu. W 1905 r. otrzymał z rąk bp. Anatola Nowaka święcenia kapłańskie, a następnie objął stanowisko kapelana w zakładzie Lubomirskiego w Krakowie. Przeniesiony do Przemyśla, przez dwa lata pełnił funkcję dyrektora placówki salezjańskiej. Następnie w 1909 r. został przeniesiony do Wiednia, gdzie przez ponad dziesięć lat był prowincjałem nowo utworzonej prowincji, obejmującej Austrię, Węgry i cześć Niemiec. 7 listopada 1922 r. otrzymał nominację na administratora apostolskiego dla Górnego Śląska - górnośląskiej części diecezji wrocławskiej, która przypadła Polsce po plebiscycie. 28 października 1925 r. papież zatwierdził nową organizację terytorialną Kościoła w Polsce. Jedną z nowych diecezji była katowicka. Ks. Hlond został jej pierwszym biskupem. Kierował Kościołem na Śląsku tylko cztery lata (listopad 1922 - czerwiec 1926). 24 czerwca 1926 r. został mianowany przez Piusa XI arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim – prymasem Polski. W trakcie krótkich rządów w śląskim Kościele położył podwaliny pod sprawnie funkcjonujący zarząd diecezją: kurię, kapitułę, sąd biskupi. Zadecydował o miejscu utworzeniu seminarium duchownego z siedzibą w Krakowie. Założył "Gościa Niedzielnego". W dziedzinie duszpasterstwa przyczynił się do stopniowej polonizacji duszpasterstwa przez utworzenie własnych central dla bractw i stowarzyszeń katolickich. Po utworzeniu w końcu 1925 r. diecezji katowickiej został mianowany, a 3 stycznia 1926 r. konsekrowany na biskupa. 24 czerwca 1926 r. mianowany arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim, prymasem przez papieża Piusa XI, a 20 czerwca 1927 r. kreowany kardynałem. Jako prymas wiele wysiłku włożył w organizację Akcji Katolickiej, z centralą w Poznaniu, powstałej w 1930 r. Brał również udział w licznych międzynarodowych kongresach eucharystycznych oraz zorganizował w 1927 r. międzynarodowy kongres misyjny w Poznaniu. W 1932 r. wraz z ks. Ignacym Posadzym założył Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej. Był reprezentantem poglądu, iż Kościół nie powinien opowiadać się za żadną opcją polityczną. W 1939 r. opuścił wraz z rządem Polskę, udając się początkowo do Rumunii. 19 września 1939 r. przybył do Watykanu. Działał tu na rzecz sprawy polskiej poprzez przemówienia w watykańskim radiu, udzielając wywiadów prasie oraz wykorzystując swoje wpływy osobiste. W związku z przygotowaniami Włoch do wojny z Francją musiał opuścić Rzym. Od 9 czerwca 1940 do 6 kwietnia 1943 r. przebywał w Lourdes, gdzie informował przywódców Zachodu o sytuacji w okupowanej Polsce. Zmuszony przez rząd Vichy, przeniósł się do opactwa w Hautecombe koło Aix-les-Bains. 3 lutego 1944 r. został aresztowany przez gestapo i internowany w Paryżu, a potem kolejno w klasztorach w Bar-le-Duc i Wiedenbrück (w Westfalii). Po wyzwoleniu przez wojska amerykańskie udał się do Rzymu, skąd 20 lipca 1945 r. wrócił do Poznania. Pierwszymi decyzjami, jakie podjął po powrocie do kraju, była reorganizacja Kościoła na Ziemiach Północnych i Zachodnich, włączonych do Polski. 4 marca 1946 r. z jego inspiracji Papież Pius XII rozwiązał istniejącą od 1821 r. unię personalną metropolii poznańsko-gnieźnieńskiej i utworzył nową warszawsko-gnieźnieńską, stawiając kard. Hlonda na jej czele. Kardynał zmarł 22 października 1948 r. w Warszawie. Został pochowany w podziemiach archikatedry św. Jana w Warszawie. (biogram za " E-ncyklopedia - Encyklopedia wiedzy o Kościele katolickim na Górnym Śląsku" www.encyklo.pl) | |
| ksas / Katowice | |
| -- Katolicka Agencja Informacyjna ISSN 1426-1413; Data wydania: 05 lipca 2011 Wydawca: KAI; Red. naczelny: Marcin Przeciszewski | |
Listy pasterskie: O ŻYCIE KATOLICKIE NA ŚLĄSKU
Bracia drodzyl Mój ukochany ludu!
Starym zwyczajem kościelnym zwracam się do was z nadejściem Wielkiego Postu ze słowem arcypasterskiem. Od posypania głów popiołem rozpoczęliśmy po długich zapustach ten święty czas, którym Kościół od niepamiętnych czasów przygotowuje wiernych na uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego. Jest to czas skupienia religijnego, w którym katolicy, zaprzestawszy zabaw i tańców, myślę o swej duszy, pielęgnują pobożność, oddają się dobrym uczynkom. Jest to zarazem czas umartwienia i pokuty za grzechy i dlatego nazywa się Wielkim Postem, Kiedyś post kościelny był surowy, a poszczono ściśle i chętnie w chacie i w pałacu i było to umartwienie nie tylko aktem religjnym, ale miało także głębokie znaczenie praktyczne, odwracając od materjalistycznego pojmowania życia i hartując wolę. Z biegiem czasu, choć nie ustały powody i potrzeby postu, Kościół uwzględniając zmieniające się stosunki życiowe, złagodził znacznie swe przepisy. Nie zniósł jednak postu zupełnie. Dziś jeszcze każdy katolik, o ile nie uzyskał dla słusznych powodów zwolnienia od postu, jest w sumieniu obowiązany przestrzegać go w myśl rozporządzenia, które w tym przedmiocie odczytane było z ambon.
Pragnę, aby głęboka myśl postna Kościoła znalazła u nas należyte zrozumienie, i jestem przekonany, że ona wtedy stanie się najskuteczniejszym sposobem na chorobliwe rozbawienie się, nad którem ubolewamy. Poskromi ona tę niepomiarkowana chęć zabaw, pląsów i swawoli, która od jakiegoś czasu wypacza naszego ducha, odbierając mu energję do wysiłku i ofiary. Powściągnie ona ten szał używania, który w obliczu największej nędzy trwoni krocie pieniędzy, a często przechodząc granicę przyzwoitości, staje się zgorszeniem i klęską dla obyczajów. Wezwanie Kościoła do postu, to nie wymuszanie jakiegoś płytkiego aktu zewnętrznego, ale nawoływanie do głębokiej poprawy życia.
Przypomnąwszy wam krótko te myśli wielkopostne, korzystam z uwagi, z jaką mnie słuchacie, aby się z wami obszerniej zastanowić nad właściwym przedmiotem niniejszego listu, nad stanem i potrzebami życia katolickiego na Śląsku.
Od czternastu miesięcy śledzę nasze życie religijne. Nie chodziło mi o pozory i próżne formy. Chodziło mi o treść religijności śląskiej, o jej głębokość o siłę jej oddziaływania na myśl ludu i na jego życie. Spotykałem się ze zjawiskami miłemi i przykremi, a dziś obejmując myślą ogół mych spostrzeżeń, dochodzę do wniosku, że życie religijne na Śląsku znajduje się w okresie przesilenia.
Jeszcze się wszędzie u nas spotkać można z dawną wiarą i religijnością, która Śląskowi nadaje szczególne cechę, a lud nasz karmiła zdrowym duchem. Wszędzie znajdujemy ślady dawnych obyczajów, które tu przechodziły od pokolenia do pokolenia, nienaganne, święte, nadając prostemu ludowi śląskiemu dziwną moc i szlachetność ducha, stwarzając w mężach jędrne postacie o rzadkiej zacności, w niewiastach typy wzorowych żon i matek, w młodzieży zaś przemiłe pokolenie żywe, pobożne, karne, cnotliwe.
A jednak jakżeż dzisiaj inaczej u nas, niż dawniej! Właśnie pod względem religijnym i moralnym o ileż tu dzisiaj gorzej niż w czasach, które jeszcze żywo pamiętamy! Jeżeli zestawimy to, na co patrzymy z tem co było, ze wspomnieniami z przeszłości śląskiej, jakżeż nam przykro, że cofnęliśmy się wstecz, ponosząc niemałe straty i szkody. Chciejmy się temu zjawisku bliżej przypatrzeć, aby je należycie zrozumieć i wyprowadzić z niego praktyczne wnioski.
Przede wszystkrem nie dajmy w siebie wmówić, jakoby obecne niedomagania nasze w życiu religijnem były następstwem wzrostu kultury i jakoby z natury rzeczy wysoka kultura tłumiła życie wiary. O nie! Pamiętajmy, że nie kultura przyniosła nam wiarę, ale wiara przyniosła nam kulturę. Kultura prawdziwa oznacza postęp, a przede wszysłkiem postęp moralny, który dokonywać się może jedynie na zasadach wiary. Kultura bez wiary, to kształt bez duszy, to forma czcza i próżna. Dopiero wiara napełnia je treścią i prawda. Kultura, któraby się z wiar§ kłócić chciała, byłaby blichtrem i fałszem. To, co dziś się na Śląsku rozpościera jako skutek obniżonej religijności, to naprawdę nie zdobycz kulturalna, lecz wsteczność i upadek. Nie bójmy się zatem, jakobyśmy wiara wstrzymywali pochód kultury. Bądźmy przeciwnie przekonani, że właśnie religijnością torujemy drogę prawdziwemu postępowi.
Nie przypisujmy też tych objawów niereligijności i demoralizacji wzmagającemu się uprzemysłowieniu Śląska. Wprawdzie szybkie przeobrażenie kraju z rolnego na przemysłowy, odrywając ludzi od dotychczasowych form życia i rzucając ich w wir ruchu fabrycznego, naraża niejednego na to, że nim się w nowem otoczeniu zorjentuje, ucierpi na duszy, stykając się ze ziemi prądami, których nie zna i którym się wskutek tego z należytą energją nie opiera. To się wprawdzie często zdarza, ale koniecznie zdarzać się nie musi, a nawet zdarzać się nie powinno, jak religijność kwitnąć może w kraju rolniczym o prymitywnym czy postępowym sposobie uprawy ziemi, tak kwitnąć może i powinna w obwodach przemysłowych, choćby najruchliwszych. Wiara ma towarzyszyć człowiekowi na każdej drodze życia i w każdem środowisku, bo nie jest sielanką wiejską, ale wyrazem stosunku do Boga, który to stosunek nie zmienia się przez to, iż człowiek porzuca pług, a chwyta się kilofa. Chociaż tam, gdzie rosły dęby i brzozy, gdzie gospodarz siał i żniwował, zamarło życie wiejskie, przecież tam sterczę ku niebu wieże kościołów, a w tych kościołach modli się robotnik śląski, wywodzący się z dziada albo pradziada rolnika. A jeżeli się dziś ten robotnik nie modli, tak jak się na roli modlił kiedyś jego przodek gospodarz, to nie stało się to z konieczności przemysłowej, ale z innych powodów. Ładując w pociągi skarby naszej ziemi, robotnik śląski nie potrzebuje i nie powinien wydawać ni sprzedawać swej wiary. Jak z naszych drewnianych kościółków wiejskich wyrosły okazałe kamienne świątynie parafij przemysłowych, tak niech z niepohamowanym rozwojem przemysłu śląskiego rośnie i utrwala się śląska wiara i religijność. Z drewnianej niech się stanie kamienną, stalową.
Tem mniej obwiniać można ruch robotniczy, jakoby on obniżał poziom religijności i obyczajów, bo ruch ten, walczący o prawa społeczne robotnika w imię sprawiedliwości, właśnie we wierze i nauce Kościoła znajduje jasne określenie swych celów i prawidła swego postępowania. Kościół zabrania nienawiści społecznej, ale jest najwyższym rzecznikiem społecznej sprawiedliwości, której pozwala dochodzić wszelkiemi godziwemi środkami.
Robotnik, broniący praw swoich, nie miał tedy i nie ma powodu zrywać z wiarą i Kościołem. Do tego ruch robotniczy doprowadzać nie może, a jeżeli do tego doprowadza, to sam się potępia jako ruch niezdrowy i zgubny, bo walcząc jedną ręką o prawa robotnika, drugą zabija mu duszę. Jedne raka podaje mu chleb, a drugą truciznę. Niby go uświadamia, a przecież go bałamuci.
Szereguje go w imię świętych haseł, a potem go zdradza i każe mu burzyć największe świętości. Ruch robotniczy na Śląsku być musi i ma wielkie zadania. Ale spełni je należycie tylko na zasadach Chrystusowych. Taki ruch nie narazi Śląska na wstrząsy.
Przeciwnie, będzie czynnikiem jego społecznej równowagi i jego moralną siłą.
Przyczyn naszego osłabienia we wierze i upadku obyczajów musimy zatem szukać gdzie indziej, a w pierwszym rzędzie w wypadkach dziejowych. Dusza śliska przechodziła w ostatnim lat dziesiątku gwałtowne uciski i przesilenia, które ujemnie odbiły się na życiu kościelnem. Rozbicie polityczne było łąk głębokie, że wdarło się naweł do Kościoła, wprowadzając weń rozdwojenie i zamieszanie. Umysły, porwane gwałtowne ideą walki, oziębły znacznie dla wiary, której nieraz nadużywano do celów politycznych. Pewien odłam duchowieństwa wplątany został w niewłaściwy sposób w bieg wypadków, tracąc swe wpływy pasterskie. Życie parafjalne było na ogół przytłumione, tu i tam chyliło się do upadku i nie działało dość silnie na dusze. Brak ojcowskiej powagi, dobrej szkoły i należytej opieki ze strony władz sprowadziły niebywałe zaniedbanie młodzieży. A gdy tak w wielu duszach osłabły wpływy Kościoła, nic ich już nie zdołało utrzymać na wyżynach tradycyjnego uobyczajenia śląskiego. Nastąpiło rozluźnienie obyczajów. Rozwielmożniło się pijaństwo. Poczęła znikać miłość chrześcijańska i uczciwość, a natomiast szerzyły się kradzieże, krwawe rozboje i samolubstwo obrzydłe. W obyczajach zaś pewnego odłamu młodszego pokolenia rozpanoszyło się takie zdziczenie, jakiego na Śląsku nie pamiętano, a które, występując bezwstydnie i bezkarnie na ulicach, w pociągu i lokalach, obniżyło poziom moralności, nadając krajowi naszemu wygląd dziki i odrażający, a na lud cały sprowadzając niesławę.
Na szczęście te następstwa wojny i wypadków powojennych, te rzekłbym nasze rodzime braki, które wynikły z krwawej karty naszych wczorajszych dziejów, ustępują w miarę, jak się układają i ustalają nasze nowe stosunki kościelne. Umysły wracają do rozwagi. Porządek bierze górę nad nieładem i swawolą. Zło słabnie a coraz silniej występują piękne strony duszy śląskiej. Ogół, ochłonąwszy z uniesień walki, pojmuje coraz lepiej, że Kościół nie może się identyfikować z żadną narodowością i z żadną partją, a nadużywanie religji z jakiejkolwiek strony do celów politycznych czy klasowych jest niedopuszczalne i trwałych korzyści przynieść nie może. Coraz rzadziej trafiają się starcia narodowościowe na tle religijnem, a i wtedy nie mają głębszego znaczenia, lecz zwykle kłaść je trzeba na karb prywatnych nieporozumień lub nieutożonych stosunków lokalnych. Jestem przekonany, że ustaną one zupełnie tak, jak ustaje mieszanie się niepowołanych czynników do rządów kościelnych. Gminy, zarządy kościelne i różnego rodzaju organizacje, uświadomiwszy sobie swój właściwy cel i granice swej działalności, przestały wtrącać się do zmian duchowieństwa, do porządku nabożeństw i innych praw biskupich. Ustają nawet owe deputacje, które stanowiły jedno z charakterystycznych zboczeń okresu poplebiscytowego. Chociaż je nieraz sprowadzały do Katowic słuszne żale i chociaż przez nie przemawiała zwykle szczera troska o dobro własnej gminy, przecież naleganiami swemi ograniczały swobodą rządów kościelnych, wychodząc naogół z niedostatecznej znajomości osób i stosunków i z niezrozumienia ogólnych potrzeb Administracji Apostolskiej. Rośnie też zaufanie wiernych do kapłanów, a z zaufaniem przychodzi poszanowanie i chętna współpraca. Jestem zdania, że minął raz na zawsze smutny okres, w którym nasz lud z bólem serca patrzeć musiał na nieporozumienia między paralją a pasterzem i na swawolne zaczepianie kapłanów często z nieszlachetnych pobudek, tycie parafjalne odrasta i krzewi się. Stowarzyszenia i związki kościelne wstępują na drogę nowego rozwoju. Potęguje się ruch abstynencki. Rośnie zainteresowanie się własnym kościołem i troska o niego, jak tego dowodzi ofiarne odnawianie świątyń. We wszystkich dziedzinach życia kościelnego zauważyć można zwrot na lepsze i to wskazuje, że wstępujemy w nowe czasy odbudowy i postępu.
Przesilenie nie minęło zupełnie, ale słabnie. Dusza śląska odczuła wyraźnie potrzebę odrodzenia się w Chrystusie i znalazła w sobie samej wolę i siłę do czynu. Po grubych zmierzchach już piękny zapowiada się poranek wiary. Z przenikliwych chłodów
powstaje ciepła wiosna miłości chrześcijańskiej. Z manowców rozterki wchodzę dusze na prostą drogę zgody i jedności, aby wspólnie budować Królestwo Chrystusowe.
Należy teraz wytężyć siły do stanowczego czynu i zupełnie wyplenić chwasty, którymi porosła gleba serca śląskiego. Po gniewach i walkach wróćmy do pługa, do pługa wiary i nim głęboko przeorajmy ziemię śląską, odleżała i stęchłą. Ziarnem bożem zasiejmy niwy nasze, aby po latach głodu duchowego zaszumiało na nich złote kłosiste morze łaski bożej ku pokrzepieniu dusz, spragnionych życia i siły. Nie pozwalajmy, aby wypadki dalej igrały dowolnie z duszę śląską. Sprowadźmy ją silną ręką na tory odrodzenia religijnego i sami bądźmy jej przyszłych kierunków sternikami. „Pokój Chrystusowy" niech zawładnie naszą krainą.
Niestety, już w samych początkach tego odrodzenia naszego napotykamy na niespodziewaną a wielką przeszkodę. Bo ledwo zabraliśmy się do naprawy szkód, wyrządzonych przez huragan, jaki na nas sprowadziły wypadki lat ostatnich, a już bije w nas inna wroga fala, o wiele groźniejsza. Bo nie bije na nas, jako ślepe następstwo tego, co było, ale pędzą ją na nas świadome siły i każą jej uderzać w nasze życie religijne z wyraźnym celem, aby podmyć gmach naszych wierzeń i zabagnić dziedzinę obyczajów. Idzie ta fala skądś daleko, spoza Śląska. Jest obrachowana na spokojne działanie, a na łem pewniejszy skutek. Nie chce budzić oporu, a najchętniej uśpiłaby czujność samego Kościoła. Więc nie przybiera kształtu rozhukanych bałwanów, ale idzie ku nam z urokiem cichej laguny, raz świecąc połyskiem postępu umysłowego, innym razem przybierając koloryt wykwitu zachodniej kultury, to znowu lśniąc barwami ponętnych zdobyczy społecznych. Ale pod tą ułudą kryją się męty i błoto, zła wola i złe zamiary. Bo co zaczynamy odbudowywać, to ta fala nam burzy. Ledwie zabraliśmy się do gruntownego wyczyszczenia domu swego, a ona go znowu brudnemi szumowinami kala. Uzdrawiamy swój organizm, a ona go z nowa zatruwa. Silimy się na stanowczy czyn katolicki, a ona te wysiłki osłabia i niweczy. I nie będzie u nas tego odrodzenia, do którego się zrywamy, jeśli nie powstrzymamy i nie odeprzemy tego groźnego zalewu. Musimy się więc tym mąlnym wodom bliżej przypatrzeć, aby je od żywych źródlanych strumieni Chrystusowych dokładnie rozeznać, a potem wspólnym wysiłkiem z kraju naszego wygarnąć.
Takiemi mętami są te bałamutne pojęcia o wierze katolickiej, które nam tu wnoszę na Śląsk niejednokrotnie nawet tacy, co chcą być katolikami i za takich się uważają. W przeciwstawieniu do naszej prostej i jasnej wiary, ujętej w ściśle określone prawdy i wyrażającej się w stałych zasadach moralnych, pojawia się tu jakiś inny katolicyzm, mglisty i ciemny, który sobie z żadnej prawdy wiary i z żadnego obowiązku religijnego jasno sprawy nie zdaje. Jakiś katolicyzm płytki i powierzchowny, który przestał być głębokiem przekonaniem, a stał się poglądem zmiennym a tak słabym, że nie ma siły orjentacyjnej i nie daje mocy do czynu religijnego. Jakiś katolicyzm nieuchwytny, odzywający się li tylko w sferach uczucia jakiemś wspomnieniem z lat młodych, a zresztą skostniały i niepraktykujący. Jakiś katolicyzm zwyczajowy, niby produkt tradycyj narodowych i rodzinnych, który zna jeszcze opłatek wigilijny i święcone wielkanocne i pasterkę na Boże Narodzenie, ale prawie nic pozatem. Jakiś katolicyzm okolicznościowy, z którym, niby z tradycyjnem uzupełnieniem pojęcia Polaka, wystąpić wypada w święta narodowe i na niektórych ustalonych obchodach. Jakiś katolicyzm modny, z którym nie można nie pokazać się na pogrzebie i na ślubie znajomych. Jakiś katolicyzm obliczony, który dla polityków jest drogą do pewnych faktów i celów, a którym partje posługiwać się mogą jako środkiem propagandy, zwłaszcza w okresie wyborczym. Jakiś katolicyzm pojmowany jako martwa kategorja statystyczna, w której mają prawo obywatelstwa wszyscy, co raz do niej wpisani, nie przepiszę się do kategorji innej, bez względu na to, czy jeszcze w co wierzę i jak żyję. Przyszedł do nas ten katolicyzm, który nie chodzi do kościoła, nie zapoznaje się ze swym proboszczem, nie zna nawet imienia panującego Papieża, a w praktycznem życiu tak często nie zna zasad Chrystusowych.
Takie pojęcia o katolicyzmie to męty religijne. A za nimi płynę męty gorsze, z dążnością, do zatarcia w religji katolickiej wszelkiego charakteru boskiego i nadprzyrodzonego. Wszak coraz fo częściej spotykamy się tutaj z takimi, co ignoruję fakt Objawienia i nie wiedzy o natchnieniu Pisma świętego. Jeżeli kiedyś o tem lub owem słowie lub o myśli jakiej z Ewangelji wspomną, to czynię to z takim gestem, z jakimby przytoczyli ustęp z talmudu lub koranu, gdyby go znali. O mało nie stawiaję Chrystusa na równi z Buddę i Mahometem, a ileż razy robi go się ideowym poprzednikiem Marxa, pierwszym socjalistę, a nawet pierwowzorem komunisty. Nie wiedzę, że Chrystus boską powagę ujęł w swej religji stosunek do Boga w prawidła pewne i nieodmienne, wszystkich obowiązujące. Nie wiedzę, że odtęd zbawienie dokonywać się może tylko środkami przez Niego ustanowionymi. Nie wiedzę, że jak jest jeden Bóg i jeden Zbawiciel i jedna Ewangelja, tak jest tylko jeden Kościół Chrystusowy, jedna prawda, jedna jedyna droga.
A może i wiedzę jeszcze to wszystko, bo kiedyś wiedzieli na pewno, ale praktycznie otrząsnęli się z tego wierzenia i powiedzieli sobie, że tego nie chcę, że to niemożliwe, bo im fo było niewygodne i twarde. U tych katolików wogóle wszystko niemożliwe, co nie dogadza i krępuje i w dany program życia czy działania ująć się nie da. I tak z tej jasnej boskiej nauki Chrystusowej porobili sobie ulotne mgławice religijne, za którerni nie widzę ani Boga, ani bożego prawa. Pojmuję religję na wzór nieobowiązującego systemu filozoficznego, na który się godzić można, ale z zastrzeżeniem swej swobody w działaniu. Pojmuję religję jako zbiór niezłych myśli, ku dowolnej rozwadze ludzkości, byleby z nich nie wysnuwano wniosków „nudnych". W końcu sami sobie tworzę religję z kilku, nieraz bardzo nielicznych pojąć, tak wybranych i tak zestawionych, iżby czasem nie przeszkadzały w życiu. I tak umieją pogodzić religję ze wszysłkiem. Słwarza sobie taką religję człowiek nieuczciwy i umie ją pogodzić z oszustwem i krzywdą bliźniego. Stwarza sobie taką religję człowiek występny i umie je pogodzić z rozpustę, niewiernością małżeńską i rozwodem. Stwarza sobie taką religję nawet człowiek niereligijny i umie je pogodzić z tem, że Kościoła nie zna i o Bogu nie pamięta. A czyż niejeden socjalista nie umie pogodzić swego katolicyzmu 2 hasłami nienawiści klasowej i z programową walką z wiarę i z Kościołem katolickim?
Ile mętów religijnych! A przychodzą do tego męty sekciarskie. Męty o rożnem zabarwieniu, ale wszystkie brudne i brudzące. Płynę niemal wszystkie z dalekiej Ameryki, gdzie z biegiem czasu ściekły z zielonych pagórków Chrystusowych jako odpływ tego, co Kościół z siebie wydziela, aby się czyścić i odświeżać. Mętami są te nauki kacerskie, które rozpowszechniają. Matami sę te pisma, które rozrzucają. Mętami to bałamutne tłumaczenie Biblji. Mętami te brednie o bliskim końcu świata. Męłami ta fałszywa „narodowość" sekty hodurowców. Mętami te egzaltacje i sprosności rozkładającego się marjawityzmu. Mętami i trucizną jest to, co je pomimo wzajemnej walki łączy, a mianowicie ta chorobliwa nienawiść do Kościoła katolickiego i ta bezwzględna z nim walka.
I jeszcze gęstsze i brudniejsze ku nam płyną męty. Tych już nie pędzi błąd lub słabość, nie nieznajomość religijna lub heretycki szał. Te ostatnie męty pcha naprzód szatańska nienawiść do Chrystusa i Boga. Mamy tu do czynienia z nieprzebłaganymi wrogami Kościoła i wiary, którzy tajną siecią ogarniają także Polskę i skrytą konspiracją szykuję się do wielkiej i otwartej walki z Chrystusem. Ta fala wdziera się na Śląsk ze wschodu i z zachodu w kształcie komunizmu, który w piekle swych rządów sowieckich, opartych na zasadzie zła, nie może ścierpieć Boga, będącego początkiem i stróżem dobrego. A w innej formie wnoszą tu te same tendencje ateusze różnego zawodu i pokroju. Pod hasłem postępu i odrodzenia propagują oni berwyznaniowość głównie w kołach inteligencji. Robota ich pachnie masonerją. Wszak tu i tam odzywają się podobno tęsknoty za lożą
Męty i męty!
Zabagnia ta fala niestety i dziedzinę obyczajów. Podkopując nietylko moralność katolicką, ale i etykę naturalne, szerzy przerażające rozpasanie obyczajów w dorosłych i w młodzieży, a głosi taką pobłażliwość poglądów, że nawef w kołach poważnych i miarodajnych zatraca się rozeznanie dobrego i złego. Pojęcie pornografji poczyna się zaliczać praktycznie do religijnych przesad. Na stolikach katolickich domów leżą niemożliwe pisma ilustrowane. Na ścianach wiszą u nich bezwstydne płótna. W salonach prowadzi się śliskie rozmowy. W bibljoteczkach rodzinnych spotkać można najgorsze romanse, a brak zasad u pań pozwala się szerzyć modzie, która jest niepolska, a wzorując się na tem, co jest najgorszego za granicą, jest nieskromna i grzeszna, bo gorsząca, a często wprost obliczona na zmysłowe efekty.
Tą atmosferą zakaża się rodzina, z której zdziera się wszystko, co szczytne i boże. Zbezczeszcza się Sakrament, którym ją Bóg uświęcił. Rozrywa się jedność, którą Bóg ją związał. Fałszuje się cel, który Bóg jej wyznaczył. Ze świątyni rodzinnej robi się dom sromotny. Instytucja życia zamienia się na praktykę zbrodni i śmierci. Co z woli bożej natura przeznaczyła na źródło życia i siły narodu, fo wyradza się w jego powolną zagładę i staje się jego grobem. Pojęcie wierności małżeńskiej ulega wypaczeniu. Mnożą się separacje, procesy rozwodowe, śluby tylko cywilne, trafia się nawet przechodzenie w celach małżeńskich na protestantyzm. I gorsze zachodzą rzeczy.
Męty i brudy!
Rozpasały się duchy łakże w życiu publicznem i jak gdyby w tej dziedzinie nie obowiązywały zasady chrześcijańskie, zaczęto wielokrotnie uprawiać politykę, niezależną od wszelkich praw moralnych. Toteż spotykamy tu więcej walki z przeciwnikami politycznymi, niż pracy dla ojczyzny. A jakiej walki! Mniej widzimy przykładów podporządkowania interesu partyjnego pod interes kraju; częściej patrzymy na górowanie interesów osobistych. Dla wielu ojczyzna jest po to, aby z niej korzystać. Przed słuszną i sprawiedliwą daniną, jakiej żąda, bronią się wszelkiemi sposobami, a od ofiar na rzecz wspólnej macierzy stale i zręcznie się uchylają. W stosunkach społecznych panoszy się egoizm niebywały. Opieranie wszystkiego na liczbach, z wykluczeniem wyższych racyj i względów, pogłębiło nieporozumienie między pracodawcami a klasą robotniczą. Przyszło do tego, że wobec braku głębszego nawiązania na zasadach sprawiedliwości chrześcijańskiej, walka stała się prawie jedyną forma, wzajemnego oddziaływania.
Męty i napięcie!
Płyną te męty dolinami, kędy się toczy życie śląskie. Lud słyszy o nich w rozmowach, czyta o nich w pismach, ogląda je w przykładach, widzi je naokoło siebie, oddycha ich wyziewami. Płyną te maty przez chaty i domy robotnicze. Płyną przez huty i szyby. Płyną przez biura i salony. Płyną te męty... Gdzieżby nie płynęły! Kto ich nie zna? Komu nie były kamieniem obrazy? „A z owoców ich poznacie je". Waszemu zmysłowi katolickiemu, moi drodzy, nie trudno odgadnąć, czyjego są ducha. W smutnym obrazie, który wam krótko naszkicowałem, dostrzegliście wiele śladów ciemnego nieuctwa w rzeczach wiary i wiele, bardzo wiele grubych rysów obojętności religijnej i moralnej słabości. Ale zarazem uderzyły was w tym obrazie te namiętne zapędy na myśl katolicką i to otwarfe podkopywanie życia katolickiego. I właśnie te zapędy nadawają całości obrazu właściwą cechę i znamię rozgrywki. Nie ma wątpliwości co do tego, że zanosi się tu na wielką walkę, na walnę rozprawę duchów, której wynik na dłuższy czas o tem stanowić będzie, czy Śląsk ma pozostać katolickim, czy nie. Ta walka już wszczęta. Toczy się na całym froncie życia, a najgwałtowniej sroży się w duszach. Celem wrogów jest zachwianie idei katolickiej po to, aby następnie zastąpić Chrystusa jakimś masońskim naturalizmem, a życie nasze cofnąć z linji Chrystusowej daleko wstecz, do pogaństwa o wyraźnym charakterze antychrześcijańskim.
Chwila poważna. Jeszcze nie zlikwidowaliśmy zupełnie własnego przesilenia religijnego, a już wchodzimy w inne przesilenie, daleko niebezpieczniejsze. Ledwie nasz organizm zmógł wewnętrzną chorobę duszy śląskiej, a już go dręczę gorączki nowych infekcyj. Nie możemy się fudzić; zbliżamy się szybkiemi krokami do punktu kulminacyjnego naszego religijnego kryzysu.
Ten dziejowy dla Kościota śląskiego moment musi nas zasłać przygotowanych i złączonych do obrony krzyża. A ponieważ tu chodzi o całe chrześcijaństwo i o wiarę całego ludu, musi stanąć do wielkiego wspólnego czynu z klerem swoim cały śląski lud, Jak kiedyś nasi królowie w niebezpieczeństwie ojczyzny ogłaszali pospolite ruszenie i włedy całe rycerstwo polskie siadało na koń i nastawiało piersi w obronie kraju, tak i ja dziś wzywam was wszystkich do świętej wyprawy w obronie wiary i Kościota. Zbierzemy sią nie z trwogą w sercu, ale silni miłością Chrystusową wystąpimy z taką mocą, że nietylko odwrócimy klęską religijną od kraju naszego, ale go odrodzimy głęboko i zupełnie najczystszym duchem Chrystusa.
Przesilenie stanie się początkiem trwałego odrodzenia.
Po tem wszystkiem spytacie się mnie, na czem właściwie to odrodzenie katolickie polega i jak ono się w naszych warunkach dokonać może.
Obrazem odrodzenia jest wiosna, bo gdy ona w kraj zawita, budzi się cała przyroda z uśpienia do nowego życia. Gdy w słoneczny dzień majowy wchodzimy do sadu, przyodzianego świeżą szatę zieleni i kwiecia, gotowiśmy myśleć, że na liściach i kwiatach polega wiosenne odrodzenie przyrody. A jednak tak nie jest. To odrodzenie nie nastąpiło na kończynach gałązek, ale wewnątrz twardego pnia, głęboko pod korę. Tam najprzód pod działaniem kosmicznem przebudziło sią życie i stamtąd rozeszło sią we wszystkich kierunkach. Poszło w korzenie i podbudzilo je do ssania świeżych soków z wilgotnej ziemi. Poszło w tkaninę i korą, torując drogą limfie, płynącej szybkę falą w górą. Dotarło przez konary do gałązek i podnieciło je do wydania liści i kwiecia, które odrodzenia wiosennego są widomym skutkiem i objawem.
Podobnie ma się rzecz z odrodzeniem religijnem. Nie polega ono na tem, ze tu i tam zaprowadzimy jakaś poprawkę w trybie życia. Nie zależy ono na rozmnożeniu zewnętrznych aktów religijności ani nie stanowi o niem liczba poświęconych sztandarów. To odrodzenie dokonać się musi nie na powierzchni życia, ale głęboko wewnętrz duszy. Wiosna Chrystusową muszą ożyć najprzód serca, a wtedy z nich rozejdą sią odrodcze energje wiosenne na całokształt życia.
To religijne odrodzenie serc nie jest jednak zupełnie podobne do wiosny w przyrodzie. Sen, w którym roślinność zimę jest pogrążona, to sen naturalny i zdrowy. Na przebudzenie się z niego wszystko w roślinności jest przygotowane i niemal czekające. Tymczasem nasze odrodzenie to nie przebudzenie się z czerstwego snu, lecz uzdrowienie z choroby. Widzieliśmy, jak ta choroba ciężka i niebezpieczna. Nasze wewnętrzne siły stargane. Organizm tylu jadami zatruty. Więcej w nim skłonności do dalszego poddania się chorobie, niż do powstania. To wszystko i ta mdłość nasza i ten stan goręczkowy nie sprzyjają odrodzeniu. Toteż ono nie przyjdzie do nas jako nagły cud wiosenny, ale osiągnięte tylko być może nasze pracą i naszym umiejętnym wysiłkiem. Tego odrodzenia my sami z pomoce laski bożej dokonać musimy.
A najprzód i czemprędzej należy wzmocnić słabnące w duszy śląskiej siłę żywotną. Tą siłą zaś nie jest nic innego, jak wiara i duch Chrystusowy. Właśnie ten duch Chrystusowy gaśnie. Z płomienia wielkiego zmalał do słabej iskry, która nie grzeje a mało świeci. Tę iskrę trzeba na nowo rozżarzyć, a nie rozżarzy się ona niczem innem, jak tylko nowem ożywczem łchnieniem tego samego Chrystusowego ducha. Aby się odrodzić, musi dusza śląska tego świeżego ducha jaknajwięcej w siebie wchłonąć, musi się nim nasycić, ukarmić i musi go w sobie przeżyć. Musi się wiarą tak głęboką przejąć, iżby się w niej stała owym podkładem myślowym, na kfórym niby na bezpiecznym fundamencie opierać się mogą zasady katolickie, przekonanie katolickie i ustalony katolicki światopogląd. Duch Chrystusowy musi w duszy zrodzić owo poczucie katolickie i ów czuły zmysł kościelny, kfóre w dziedzinie pojęć religijnych, niemal instynktownie rozeznawają fałsz od prawdy. Duch wiary musi w duszy wychowywać owo światłe a wyraźne sumienie katolickie, które, sfojąc na straży prawa Bożego i katolickiej moralności, nie da się niczem ni zamącić, ni przytłumić. Dusza wiarą owiana musi w sobie odczuć tętno owego czucia z Kościołem, ze Stolicą świętą i z Papieżem, kfóre jest wykwitem chrześcijaństwa i znamieniem prawdziwej kałolickości. Dopiero z serc tak w Chrystusie odrodzonych buchną, niby ze skalnego źródła, wody żywe i czyste, które odświeża religijność, obmyją obyczaje i podniecą do bujnego życia wszystkie dzieła, wyrosłe na gruncie Kościoła. Z duszy odrodzonej wiarą tryśnie odrodzenie życia.
Trzeba odrodzić pobożność katolicką, aby nie była praktyką bezmyślną i płytką, bez związku z wiarą a oderwaną od życia. Jako szczery i obowiązkowy wyraz głęboko odczutej zależności od Stwórcy, musi pobożność być chwalą i służbą bożą, pełną
prawdy i siły. Objawiać się powinna przez prywatne nabożeństwo, odprawiane w cichym kościółku własnego serca, ale i przez udział w nabożeństwie rodzinnem i przez uczestniczenie w publicznych nabożeństwach, zgodnie z przepisami Kościoła i jego liturgją. A nabożeństwo katolickie to zawsze i tylko modlitwa. Modlitwa zaś, choćby uroczysta, to nie parada, ale święta i pokorna rozmowa z Bogiem. Nikogo nie poniży, każdego podwyższy, każdego pokrzepi. A ponieważ największe skarby łaski i miłosierdzia bożego otwierają się duszy w Sakramentach świętych, niemasz od nich skuteczniejszego środka odrodzenia. Przyjęcie Sakramentu, to już coś więcej, niż rozmowa z Bogiem. To Jego święty uścisk przebaczenia i pokoju, to boże przytulenie duszy do ojcowskiego Serca i boży pocałunek, to boże Ciało jako pokarm i silą do dobrego. Toteż odrodzenie bez Sakramentów świętych jest niemożliwe, a uczęszczanie do Sakramentów jest odrodzenia religijnego znakiem i miarą. Codzienna Komunja święta, to ideał, do którego dążyć musimy.
Z religijnych głębin duszy płynie odrodzenie w dziedzinę życia prywatnego, gdzie się spotykamy z codziennym ludzkim czynem, drobnym i wielkim, jawnym i skrytym, z pracą, z wypoczynkiem i zabawą. To wszystko musi wiara według prawa bożego ułożyć i uzgodnić. Odrodzenie musi w całe życie wnieść konsekwencję moralną, sprowadzając wszystko do prawidła sumienia katolickiego. Katolik powinien być katolikiem w sercu, w kościele, na ulicy, w towarzystwie, przy pracy, wszędzie i zawsze. Odrodzenie musi gruntownie odbudować obyczaj, sumienność, uczciwość, wstrzemięźliwość, a przedewszystkiem miłość. Jedno ze swych najwznioślejszych zadań ma odrodzenie do spełnienia w rodzinie. W to grono ludzi, którzy tytułem krwi do siebie należą, ma wnieść pierwiastek nadprzyrodzony, aby się z mieszkania rodzinnego stała rodzinna świątynia, a z ogniska domowego domowy ołtarz, a z ojca rodziny kapłan, z matki anioł, z dziatwy zaś świeże a silne pędy na drzewie Kościoła i narodu.
Odrodzenie odnowi tu wiarę i miłość, wzmocni jedność, ugrun¬tuje święty obyczaj i wychowanie dzieci w bojażni bożej. Rodzina katolicka musi odżyć jako zdrowa i pełna życia komórka religijna i społeczna.
Odrodzenie będzie towarzyszyło Ślązakowi także na drogach życia publicznego, w ruchu społecznym i w polityce. Bo i tam katolik nie przestaje być katolikiem i powinien swego sumienia katolickiego słuchać, Niema polityki niezależnej od prawa bożego, tak jak niema ani ruchu, ani stanowiska, któroby spod zasad moralnych były wyjęte. Musi więc katolik i jako cztonek organizacji zawodowej, i jako maż partji politycznej, jako poseł i jako senator, jako dziennikarz i jako urzędnik, postępować w myśl zasad katolickich. Czy na zebraniach przemawia, czy na konferencjach radzi, czy za swe partją walczy, czy w Sejmie głosuje, czy w redakcji pisze lub rozporządzenia wydaje, musi się trzymać tych samych zasad moralności chrześcijańskiej, kłóre go w życiu pry-watnem obowiązują. I w tę dziedzinę należy wprowadzić konsekwencję moralną i stałość zasad. A że właśnie na tem polu jest u nas wiele do naprawienia, będzie tu odrodzenie musiało być przeprowadzone ze szczególną energja. Tej energji Śląskowi nie braknie, bo katolicki Śląsk nie chce znać polityki wbrew Ewan-gelji i bez Ewangelji. Byłaby to polityka bez Boga, a politykom i metodom bez Boga lud śhski nie zawierzy.
Taką wiosnę religijną spraszam od Boga na kraj i na lud nasz. Do tego odrodzenia duszy śląskiej wzywam was wszystkich, moi kochani bracia i siostry. A że dusza śląska to nic innego, jak zespół idealny wszystkich naszych dusz, więc i odrodzenie jej tylko o tyle się dokona, o ile się poszczególne dusze nasze odrodzą. Odrodzi się rodzina, jeżeli się odrodzą jej członkowie. Odrodzi się gmina, jeżeli się odrodzą jej mieszkańcy. Odrodzi się parafja, jeżeli się w niej odrodzą wierni. Odrodzi się huta i kopalnia, jeżeli się odrodzą zajęci w niej ludzie. Odrodzi się Śląsk, jeżeli się w Chrystusie odrodzę Ślązacy. Tak wszyscy do tego odrodzenia przyczynić się musimy. Każdy niech się odrodzi w swej duszy. Każdy niech sią odrodzi w swem praktycznem życiu prywatnem i pubilcznem. l co więcej, każdy niech się stanie tego odrodzenia apostołem.
To apostolstwo chciałbym wam gorąco polecić. Śląsk miał zawsze wybitnych katolików i ma ich dziś jeszcze w każdej parafji. Ale katolik śląski, który ma wyjść z tego odrodzenia, ma być nieco odmienny od dotychczasowego przeciętnego typu. Ma to być katolik nietylko w sobie i dla siebie i w swem kółku rodzinnem, ale ma być katolikiem także dla społeczeństwa i dla całego kraju. Nie może i nie powinno odrodzonemu katolikowi być obojętne, w jakim duchu prowadzi się naprzykład sprawy gminne. Nie może mu być obojętne, jak łam wygląda obyczajność publiczna. Nie może mu być obojętne, w jakim kierunku religijnym i moralnym idzie jego parłja polityczna. Nie może mu być obo¬jętne, jakie u nas prasa szerzy zasady i jakie ma cele. To wszystko powinno go obchodzić, na to wszystko on powinien swój wpływ wywierać, zawsze w kierunku wiary i odrodzenia. Przejąwszy się apostolstwem dla idei katolickiej, ma w duchu Chrystusowym oddziaływać na zasady i przekonania, na zwyczaje i obyczaje, na myśl społeczna i polityczna. W razie potrzeby musi się umieć oprzeć, protestować, bronić i domagać. Z katolika w izbie musi się Ślązak stać katolikiem w świecie. Spod ambony, gdzie sam jest słuchaczem słowa bożego, musi iść na rozdroża, kędy zbitą łala łłoczy się życie nowoczesne, i tam być braciom żywym, wymownym drogowskazem. Z ucznia powinien się stać apostołem.
Czytamy w Biblji, że gdy Nehemjasz po powrocie z Babilonji odbudowywał Jerozolimę, „to pobudziło się serce ludu ku robieniu" i praca żwawo szła naprzód. Włedy sąsiednie a nieprzyjazne Żydom ludy zaczęły sobie najprzód z nich drwić, sadzać, iż rozpoczętej odbudowy nie dokończą. Ale gdy roboty raźnie postępowały, zaniepokoili się nieprzyjaciele świętego miasta i poczęli Żydom przeszkadzać, a w końcu „rozgniewali się nazbyt" i postanowili zbrojnym napadem dalsze odbudowę uniemożliwić. Tem się ani Nehemjasz, ani lud żydowski nie odstraszyli. Zorganizowano w mieście czujną straż, uzbrojono pracowników, ale pracy nie przerwano, co księgi Ezdraszowe w tych pięknych słowach wyrażają, że każdy z „budujących na murze i noszących brzemiona i nadkładających jedną ręką robił, a drugą miecz trzymał". Tą stanowczością Nehemjasz trzymał zdała nieprzyjaciół, a tymczasem prowadził energiczne roboty naprzód, aż odbudowane miasto otoczył silnemi murami obronnemi.
W podobnych warunkach i my przystępujemy do katolickiej odbudowy Śląska. Jestem przekonany, że i u nas „pobudzi się serce ludu ku robieniu". Ale przewiduję także, że i nasza odbudowa będzie miała swych wrogów, których złość i liczba rość będzie w miarę, jak maleć będą ich znaczenie i wpływy. Powstaną jako przeciwnicy wszyscy, którym odrodzenie katolickie Śląska psuć będzie szyki i rachuby. Powstaną i będą nam urągali. Powstaną i będą nam przeszkadzali. Powstaną i złączą się do wspólnej na nas napaści. Ale to nas nie zmiesza i nie odstraszy. Podwoimy swoją gorliwość, przyspieszymy pracę, a jeżeli potrzeba będzie, uzbroimy się ku obronie. Jedną ręką będziemy odbudowywali a drugą odpierali napaści wrogów i szkodników. Pomimo wszystkiego odbudowę Śląska na zasadach wiary przeprowadzimy i ukończymy i w ten sposób ugruntujemy nową i trwałą religijną przyszłość naszego ludu.
Każdy z was, moi drodzy, rozumie, że odrodzenie, tak szeroko zakreślone, to dzieło niezwykłe i ogromne. Będzie ono dziełem łaski bożej w sercach i dziełem naszej własnej pracy. Będzie dziełem duchowieństwa i dziełem wiernych. Dziełem Kościoła i społeczeństwa. Dziełem dawnych środków i nowych sposobów, w myśl Zbawiciela przyrównującego Królestwo Boże do człowieka gospodarza, „który wyjmuje ze skarbu swego nowe i stare rzeczy". Zatrzymamy i zastosujemy ,,rzeczy stare", stare wypróbowane metody pastoralne, ulepszając i ożywiając je nowym duchem. Wprowadzimy „rzeczy nowe" i nowe formy pracy. Będziemy budzili nowe siły, dotąd uśpione i niewyzyskane. Nowym systemem organizacyjnym zjednoczymy w ręku Kościoła całą potęgę wiary i całą energję katolickiej duszy i łą skupioną silą uruchomimy akcję katolicka, która nie jest niczem innem, jak dziełem odrodzenia katolickiego, prowadzonego systematycznie i jednolicie, przez ludzi świeckich, w łączności i zależności od Kościoła i w jego duchu.
Pozwólcie, że w ostatniej części tego orędzia krótko nakreślą zasady i organizację tej „Akcji Katolickiej" i jej sposób działania.
Nie jest to nic nowego, że świeccy biorą udział w posłannictwie Kościoła i u boku księży spełniają pewne pomocnicze apostolstwo kapłańskie. Już od najdawniejszych czasów pomagali biskupom i kapłanom mężowie i niewiasty szerzyć zasady Chrystusa. Święty Paweł pisze o mężach, których nazywa „pomocnikami swymi w Królestwie Bożem", a w liście do Filipensów wspomina o pobożnych niewiastach, które w Ewangelji społem z nim pracowały. Wiadomo, że w pierwszych trzech wiekach po¬zyskiwali dla idei Chrystusowej więcej pogan świeccy niż kapłani, którzy naogół musieli się ukrywać. Do najpiękniejszych obrazków ówczesnej akcji katolickiej należy młodzieniaszek Tarsycjusz, który nosił skrycie Komunję świętą uwięzionym chrześcijanom, za co poniósł śmierć męczeńską. W różnych zmieniających się formach przetrwało to apostolstwo laików aż do nowszych czasów, w których pomiędzy innymi nowym zajaśniało blaskiem u nas na Podlasiu, gdy unici, pozbawieni księży, nawzajem sobie byli kapłanami, utwierdzając się we wierze wobec krwawego naporu schizmy rosyjskiej. Były to jednak niemal zawsze formy luźne, przygodne. Dopiero w ostatnich dziesiątkach lat Akcja Katolicka poczęta przemieniać się w zwartą organizację, która obecnie z inicjatywy Ojca św. Piusa XI ustaliła się we Włoszech, jako olbrzymie, masowe zrzeszenie się katolików na podstawie statutu, zatwierdzonego przez samego Papieża.
I dla nas wybita godzina Akcji Katolickiej. Wynika to z naszych stosunków i z potrzeby naszego odrodzenia się, jak na to powyżej wskazywałem. W takiej chwili musi nasz laikat ideę Akcji Katolickiej należycie zrozumieć i swym kapłanom pospieszyć z chętne i walna, pomocy. Przedewszystkiem powinni wszyscy sobie jasno zdać sprawę z tego, że nie chodzi tu o jakiś interes stanowy księży, ani o jakaś drobnostkę, która tylko dla Kościoła ma pewne znaczenie. Tu chodzi o cały lud, o wszystkie nasze stosunki, o ducha śliskiego dzisiaj i w przyszłości. Każda taka ogólna sanacja tylko wtedy się udaje zupełnie, gdy ją ogół zrozumie i jako swoja sprawę weźmie w swoje ręce i jako swoje własne dzieło przeprowadzi.
Akcja Katolicka nie jest pojęta jako dzieło jakiejś elity, lecz jako odruchowy i zbiorowy ruch całego ludu wierzącego. Nie jest akcją polityczna, ani klasowe, ani zawodową; nie łączy się z żadne partją, nie identyfikuje się z żadnym kierunkiem politycznym i politykę ze swego programu zupełnie wyklucza. Natomiast budząc sumienie katolickie, urabiając katolickie zasady, przygotowuje ludzi o wyraźnem katolickiem przekonaniu, ludzi katolickiego jutra w kraju.
Ponieważ Akcja Katolicka jest istotnie częścią ewangelizacyjnej pracy Kościoła, musi się ona z konieczności do programu jego działalności dostosować i od hierarchji kościelnej zależeć. Nie-masz zatem Akcji Katolickiej bez łączności z Kościołem i niemasz Akcji Katolickiej bez zależności od niego. Nie może być Akcji Katolickiej na podstawie statutów. Kościołowi nieprzedłożonych i przez niego nieuznanych, i nie może być Akcji Katolickiej, na którą Kościół nie ma wpływu przez organy przez siebie do tego wydelegowane. Nikt nie może występować z firmę katolicką bez aprobaty i wiedzy Biskupa, tak jak nikt nie może występować z inicjatywą katolicką bez jego zezwolenia. Ta łączność z Kościołem jest dla akcji katolickiej źródłem błogosławieństwa i płodności, a karna zawisłość od Kościoła ustrzeże akcję katolicką od rozpraszania sił i od schodzenia na tory, po których myśl katolicka posuwać się nie może.
Już z tego wynika, że Akcja Katolicka, tak określona, musi być ujęta w jakąś wielką, ale ścisłą i dokładną organizację, zostającą w organicznym kontakcie z hierarchją kościelną. Musi to być organizacja, która wchłaniając wszystkie świeckie siły katolickie, sumuje i koordynuje je w swem łonie, oczyszcza i potęguje je żywym duchem Kościoła, a następnie działa przez nie celowo i systematycznie nazewnątrz tam, gdzie tego zachodzi potrzeba. Taką organizację stworzymy na Śląsku pod nazwą Ligi Katolickiej, przez co urzeczywistnimy także najważniejszą rezolucję, którą wspólnie uchwaliliśmy na II Śląskim Zjeździe Katolickim.
W czterech wielkich oddziałach wstąpicie, moi ukochani, do Ligi Katolickiej: jako mężowie katoliccy, jako niewiasty katolickie, jako katolicka młodzież męska i żeńska. Dla każdej grupy będzie w ramach Ligi Katolickiej szczególne samodzielne stowarzyszenie i związek, a wszystkie grupy razem będą według ustawy Ligi Katolickiej pracować nad religijnem odrodzeniem Śląska. Stowarzyszeń ściśle kościelnych i bractw Liga nie naruszy, przeciwnie, spodziewa się, że będąc w rozkwicie, dostarczą jej najlepszych sił. Różni zaś się Liga od tych ściśle kościelnych zrzeszeń tem, że nie ogranicza swego zadania do swych własnych członków, ale przez nich oddziaływać chce na świat i społeczeństwo.
Liga Katolicka nikogo pod względem politycznym krępować nie będzie. Ona wprawdzie, jako organizacja wykonawcza Akcji Katolickiej, nie zajmuje się polityką, ale jej członkowie praw obywatelskich nie tracą i dlatego jako jednostki na równi z innymi obywatelami w życie polityczne wchodzić mogę, oczywiście zgodnie ze swem katolickiem sumieniem i przekonaniem.
Pierwszem i najwłaściwszem polem pracy Ligi Katolickiej jest parafja. Na terenie parafjalnym ma Liga Katolicka wypełnić ową próżnię, która tu i tam oddziela owieczki od pasterza. Ma lud cały zbliżyć do proboszcza i pod jego przewodnictwem uchwycić wszystkie siły katolickie parafji i użyć ich do zgodnego i skuteczniejszego oddziaływania w kierunku szczególnych potrzeb gminy. Odbudowując jedność i organizację życia parafjalnego, Liga Katolicka ożywia początkową komórkę życia kościelnego, w której duch Chrystusowy styka się z sercem człowieka, wnosząc w nie boskie pierwiastki prawdziwego odrodzenia.
Dalsze pola działania wskaże grupom parafjalnym Zarząd Diecezjalny, który, badając potrzeby duchowe śląskie, będzie inicjował owe ruchy, akcje, manifestacje i zjazdy, jakich rozwój stosunków wymagać będzie. Będzie tej pracy niemało.
Liga Katolicka przysporzy niewątpliwie trudów kapłanom i obciąży ich znacznie. Ale należycie przeprowadzona i poprowadzona będzie ich podporą i pociechą. Jestem przekonany, że każdy z mych drogich współbraci zrozumie moją myśl i moje życzenie, co do tej pracy, i przygotowawszy należycie lud swój, po Wielkiejnocy powoła uroczyście do życia Ligę Katolicką, o ile tego jeszcze nie uczynił. I nie tylko Ligę założy, ale ją rozwinie, ożywi i do działania uzdolni. Dokona on przez to pamiętnego dzieła i kiedyś nad jego grobem jak o Onjaszu powiedzą: „Wzmocnił świątynię, za dni jego trysnęły studnie wody... i pozyskał sobie sławę na ustach ludu".
Ale i ty, mój drogi ludu, będziesz musiał ponieść niejedną ofiarę, aby temu dziełu odrodzenia Śląska, przez Akcję Katolicką się oddać. Wymagać to będzie od ciebie ofiary z czasu, ofiary z wypoczynku, ofiary z przyzwyczajenia. Wierz mi, ludu ukochany, że tej ofiary bym nie żądał, gdybym nie wiedział, że ona się stanie twojem szczęściem i twoje radością. Wiem, że tę ofiarą chętnie poniesiesz. Wiem, że zapalą się do niej młodzi i starzy. Wiem, że po parafjach jeden oddział współzawodniczyć będzie z innymi, aby przodować niefylko liczbą swych członków, ale duchem, przedsiębiorczością i pracą. I powstaną bohaterowie Akcji Katolickiej i spełni się także u nas słowo Ojca św. Piusa XI: „Jak męczeństwo za wiarę polega na przelewie krwi, tak męczeństwo za Akcję Katolicką polega na poświęceniu i ofierze".
Rozpoczynamy tak w imię boże to wielkie dzieło katolickiego odrodzenia Śląska. Akcja Katolicka, to ta nasza święta wyprawa, a Liga Katolicka, to to wojsko nasze ludowe, które z krzyżem i Matką Boską Częstochowską na tę wyprawę rusza. Wybierzmy się na nią z modlitwą w sercu a z pieśnią pobożną na ustach, bo to dzieło boże. Wybierzmy się z sercem czystem, bo to dzieło święte. Wybierzmy się z zapałem, bo to dzieło chwalebne. Wybierzmy się z miłością, bo to wyprawa o wyswobodzenie ludu naszego z niewoli i pęt ducha. Wybierzemy się i pójdziemy naprzód bez trwogi, aż najazd wrogów krzyża odeprzemy i oczyścimy kraj swój zupełnie.
Mija męka, mija słabość, mija „godzina ciemności", zbliża się Wielkanoc, a z nią klęska grzechu i śmierć śmierci. Nadchodzi śląska Wielkanoc, a z nią nowe życie i odrodzenie. A tą Paschą i Wielkanocą naszą to Chrystus. Podnieśmy się ze snu i wpatrzmy się w te ranne zorze Wielkanocy Chrystusowej na Śląsku. Zerwijmy się z letargu opieszałości, bo „jest godzina, abyśmy już ze snu powstali, albowiem teraz bliższe jest nasze zbawienie, niż kiedyśmy uwierzyli. Noc przeminęła a dzień się przybliżył. Odrzućmyż tedy uczynki ciemności, a obleczmyż się w zbroję światłości. Jako we dnie uczciwie chodźmy: nie w biesiadach i pijaństwach, nie w łożach i niewsłydliwościach, nie w zwadzie i w zazdrości, ale się obleczcie w Pana Jezusa Chrystusa". Wstańmy, podążmy wszyscy do Kościoła i tam z kapłanem zanućmy głośno: Lumen Christi! Deo gratias! Chwalmy Boga, że „ciemności przeminęły a prawdziwa światłość już świeci"3). Ta światłość wielkanocna i to wielkanocne Alleluja niech ogarną ślaskę duszę, nie jako mijająca fala szczęścia, lecz jako boża moc odrodzenia i życia.
„Pożądaniem pożadatem pożywać tę Paschę z wami". Wielkiem pragnieniem pragnąłem dla Śląska tej biesiady i dziś ja wam zostawiam, wzywając do niej wszystkich. Wszyscy do niej zasiądźcie i ukarmijcie się Barankiem Bożym i Jego duchem, a w mocy Jego chodźcie przez wszystkie dni żywota swojego.
Kościół, uniesiony wielkością dzieła Odkupienia, dokonanego przez Zbawiciela, woła w liturgji wielkanocnej: „O szczęśliwa ta wina, która zasłużyła mieć takiego Odkupiciela!" Życzę naszemu ludowi, aby ta świtająca Wielkanoc śląska takie nam sprowadziła błogosławieństwa, iżbysmy również kiedyś zawołać mogli: Szczęśliwe to przesilenie, które do takiego doprowadziło odrodzenia śląskiej duszy!
Alleluja! Ludu śląski, do czynu, a „odrodzi się, jako orłowa, młodzież twoja".
Katowice, dnia 1 marca 1924 r.
Starym zwyczajem kościelnym zwracam się do was z nadejściem Wielkiego Postu ze słowem arcypasterskiem. Od posypania głów popiołem rozpoczęliśmy po długich zapustach ten święty czas, którym Kościół od niepamiętnych czasów przygotowuje wiernych na uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego. Jest to czas skupienia religijnego, w którym katolicy, zaprzestawszy zabaw i tańców, myślę o swej duszy, pielęgnują pobożność, oddają się dobrym uczynkom. Jest to zarazem czas umartwienia i pokuty za grzechy i dlatego nazywa się Wielkim Postem, Kiedyś post kościelny był surowy, a poszczono ściśle i chętnie w chacie i w pałacu i było to umartwienie nie tylko aktem religjnym, ale miało także głębokie znaczenie praktyczne, odwracając od materjalistycznego pojmowania życia i hartując wolę. Z biegiem czasu, choć nie ustały powody i potrzeby postu, Kościół uwzględniając zmieniające się stosunki życiowe, złagodził znacznie swe przepisy. Nie zniósł jednak postu zupełnie. Dziś jeszcze każdy katolik, o ile nie uzyskał dla słusznych powodów zwolnienia od postu, jest w sumieniu obowiązany przestrzegać go w myśl rozporządzenia, które w tym przedmiocie odczytane było z ambon.
Pragnę, aby głęboka myśl postna Kościoła znalazła u nas należyte zrozumienie, i jestem przekonany, że ona wtedy stanie się najskuteczniejszym sposobem na chorobliwe rozbawienie się, nad którem ubolewamy. Poskromi ona tę niepomiarkowana chęć zabaw, pląsów i swawoli, która od jakiegoś czasu wypacza naszego ducha, odbierając mu energję do wysiłku i ofiary. Powściągnie ona ten szał używania, który w obliczu największej nędzy trwoni krocie pieniędzy, a często przechodząc granicę przyzwoitości, staje się zgorszeniem i klęską dla obyczajów. Wezwanie Kościoła do postu, to nie wymuszanie jakiegoś płytkiego aktu zewnętrznego, ale nawoływanie do głębokiej poprawy życia.
Przypomnąwszy wam krótko te myśli wielkopostne, korzystam z uwagi, z jaką mnie słuchacie, aby się z wami obszerniej zastanowić nad właściwym przedmiotem niniejszego listu, nad stanem i potrzebami życia katolickiego na Śląsku.
Od czternastu miesięcy śledzę nasze życie religijne. Nie chodziło mi o pozory i próżne formy. Chodziło mi o treść religijności śląskiej, o jej głębokość o siłę jej oddziaływania na myśl ludu i na jego życie. Spotykałem się ze zjawiskami miłemi i przykremi, a dziś obejmując myślą ogół mych spostrzeżeń, dochodzę do wniosku, że życie religijne na Śląsku znajduje się w okresie przesilenia.
Jeszcze się wszędzie u nas spotkać można z dawną wiarą i religijnością, która Śląskowi nadaje szczególne cechę, a lud nasz karmiła zdrowym duchem. Wszędzie znajdujemy ślady dawnych obyczajów, które tu przechodziły od pokolenia do pokolenia, nienaganne, święte, nadając prostemu ludowi śląskiemu dziwną moc i szlachetność ducha, stwarzając w mężach jędrne postacie o rzadkiej zacności, w niewiastach typy wzorowych żon i matek, w młodzieży zaś przemiłe pokolenie żywe, pobożne, karne, cnotliwe.
A jednak jakżeż dzisiaj inaczej u nas, niż dawniej! Właśnie pod względem religijnym i moralnym o ileż tu dzisiaj gorzej niż w czasach, które jeszcze żywo pamiętamy! Jeżeli zestawimy to, na co patrzymy z tem co było, ze wspomnieniami z przeszłości śląskiej, jakżeż nam przykro, że cofnęliśmy się wstecz, ponosząc niemałe straty i szkody. Chciejmy się temu zjawisku bliżej przypatrzeć, aby je należycie zrozumieć i wyprowadzić z niego praktyczne wnioski.
Przede wszystkrem nie dajmy w siebie wmówić, jakoby obecne niedomagania nasze w życiu religijnem były następstwem wzrostu kultury i jakoby z natury rzeczy wysoka kultura tłumiła życie wiary. O nie! Pamiętajmy, że nie kultura przyniosła nam wiarę, ale wiara przyniosła nam kulturę. Kultura prawdziwa oznacza postęp, a przede wszysłkiem postęp moralny, który dokonywać się może jedynie na zasadach wiary. Kultura bez wiary, to kształt bez duszy, to forma czcza i próżna. Dopiero wiara napełnia je treścią i prawda. Kultura, któraby się z wiar§ kłócić chciała, byłaby blichtrem i fałszem. To, co dziś się na Śląsku rozpościera jako skutek obniżonej religijności, to naprawdę nie zdobycz kulturalna, lecz wsteczność i upadek. Nie bójmy się zatem, jakobyśmy wiara wstrzymywali pochód kultury. Bądźmy przeciwnie przekonani, że właśnie religijnością torujemy drogę prawdziwemu postępowi.
Nie przypisujmy też tych objawów niereligijności i demoralizacji wzmagającemu się uprzemysłowieniu Śląska. Wprawdzie szybkie przeobrażenie kraju z rolnego na przemysłowy, odrywając ludzi od dotychczasowych form życia i rzucając ich w wir ruchu fabrycznego, naraża niejednego na to, że nim się w nowem otoczeniu zorjentuje, ucierpi na duszy, stykając się ze ziemi prądami, których nie zna i którym się wskutek tego z należytą energją nie opiera. To się wprawdzie często zdarza, ale koniecznie zdarzać się nie musi, a nawet zdarzać się nie powinno, jak religijność kwitnąć może w kraju rolniczym o prymitywnym czy postępowym sposobie uprawy ziemi, tak kwitnąć może i powinna w obwodach przemysłowych, choćby najruchliwszych. Wiara ma towarzyszyć człowiekowi na każdej drodze życia i w każdem środowisku, bo nie jest sielanką wiejską, ale wyrazem stosunku do Boga, który to stosunek nie zmienia się przez to, iż człowiek porzuca pług, a chwyta się kilofa. Chociaż tam, gdzie rosły dęby i brzozy, gdzie gospodarz siał i żniwował, zamarło życie wiejskie, przecież tam sterczę ku niebu wieże kościołów, a w tych kościołach modli się robotnik śląski, wywodzący się z dziada albo pradziada rolnika. A jeżeli się dziś ten robotnik nie modli, tak jak się na roli modlił kiedyś jego przodek gospodarz, to nie stało się to z konieczności przemysłowej, ale z innych powodów. Ładując w pociągi skarby naszej ziemi, robotnik śląski nie potrzebuje i nie powinien wydawać ni sprzedawać swej wiary. Jak z naszych drewnianych kościółków wiejskich wyrosły okazałe kamienne świątynie parafij przemysłowych, tak niech z niepohamowanym rozwojem przemysłu śląskiego rośnie i utrwala się śląska wiara i religijność. Z drewnianej niech się stanie kamienną, stalową.
Tem mniej obwiniać można ruch robotniczy, jakoby on obniżał poziom religijności i obyczajów, bo ruch ten, walczący o prawa społeczne robotnika w imię sprawiedliwości, właśnie we wierze i nauce Kościoła znajduje jasne określenie swych celów i prawidła swego postępowania. Kościół zabrania nienawiści społecznej, ale jest najwyższym rzecznikiem społecznej sprawiedliwości, której pozwala dochodzić wszelkiemi godziwemi środkami.
Robotnik, broniący praw swoich, nie miał tedy i nie ma powodu zrywać z wiarą i Kościołem. Do tego ruch robotniczy doprowadzać nie może, a jeżeli do tego doprowadza, to sam się potępia jako ruch niezdrowy i zgubny, bo walcząc jedną ręką o prawa robotnika, drugą zabija mu duszę. Jedne raka podaje mu chleb, a drugą truciznę. Niby go uświadamia, a przecież go bałamuci.
Szereguje go w imię świętych haseł, a potem go zdradza i każe mu burzyć największe świętości. Ruch robotniczy na Śląsku być musi i ma wielkie zadania. Ale spełni je należycie tylko na zasadach Chrystusowych. Taki ruch nie narazi Śląska na wstrząsy.
Przeciwnie, będzie czynnikiem jego społecznej równowagi i jego moralną siłą.
Przyczyn naszego osłabienia we wierze i upadku obyczajów musimy zatem szukać gdzie indziej, a w pierwszym rzędzie w wypadkach dziejowych. Dusza śliska przechodziła w ostatnim lat dziesiątku gwałtowne uciski i przesilenia, które ujemnie odbiły się na życiu kościelnem. Rozbicie polityczne było łąk głębokie, że wdarło się naweł do Kościoła, wprowadzając weń rozdwojenie i zamieszanie. Umysły, porwane gwałtowne ideą walki, oziębły znacznie dla wiary, której nieraz nadużywano do celów politycznych. Pewien odłam duchowieństwa wplątany został w niewłaściwy sposób w bieg wypadków, tracąc swe wpływy pasterskie. Życie parafjalne było na ogół przytłumione, tu i tam chyliło się do upadku i nie działało dość silnie na dusze. Brak ojcowskiej powagi, dobrej szkoły i należytej opieki ze strony władz sprowadziły niebywałe zaniedbanie młodzieży. A gdy tak w wielu duszach osłabły wpływy Kościoła, nic ich już nie zdołało utrzymać na wyżynach tradycyjnego uobyczajenia śląskiego. Nastąpiło rozluźnienie obyczajów. Rozwielmożniło się pijaństwo. Poczęła znikać miłość chrześcijańska i uczciwość, a natomiast szerzyły się kradzieże, krwawe rozboje i samolubstwo obrzydłe. W obyczajach zaś pewnego odłamu młodszego pokolenia rozpanoszyło się takie zdziczenie, jakiego na Śląsku nie pamiętano, a które, występując bezwstydnie i bezkarnie na ulicach, w pociągu i lokalach, obniżyło poziom moralności, nadając krajowi naszemu wygląd dziki i odrażający, a na lud cały sprowadzając niesławę.
Na szczęście te następstwa wojny i wypadków powojennych, te rzekłbym nasze rodzime braki, które wynikły z krwawej karty naszych wczorajszych dziejów, ustępują w miarę, jak się układają i ustalają nasze nowe stosunki kościelne. Umysły wracają do rozwagi. Porządek bierze górę nad nieładem i swawolą. Zło słabnie a coraz silniej występują piękne strony duszy śląskiej. Ogół, ochłonąwszy z uniesień walki, pojmuje coraz lepiej, że Kościół nie może się identyfikować z żadną narodowością i z żadną partją, a nadużywanie religji z jakiejkolwiek strony do celów politycznych czy klasowych jest niedopuszczalne i trwałych korzyści przynieść nie może. Coraz rzadziej trafiają się starcia narodowościowe na tle religijnem, a i wtedy nie mają głębszego znaczenia, lecz zwykle kłaść je trzeba na karb prywatnych nieporozumień lub nieutożonych stosunków lokalnych. Jestem przekonany, że ustaną one zupełnie tak, jak ustaje mieszanie się niepowołanych czynników do rządów kościelnych. Gminy, zarządy kościelne i różnego rodzaju organizacje, uświadomiwszy sobie swój właściwy cel i granice swej działalności, przestały wtrącać się do zmian duchowieństwa, do porządku nabożeństw i innych praw biskupich. Ustają nawet owe deputacje, które stanowiły jedno z charakterystycznych zboczeń okresu poplebiscytowego. Chociaż je nieraz sprowadzały do Katowic słuszne żale i chociaż przez nie przemawiała zwykle szczera troska o dobro własnej gminy, przecież naleganiami swemi ograniczały swobodą rządów kościelnych, wychodząc naogół z niedostatecznej znajomości osób i stosunków i z niezrozumienia ogólnych potrzeb Administracji Apostolskiej. Rośnie też zaufanie wiernych do kapłanów, a z zaufaniem przychodzi poszanowanie i chętna współpraca. Jestem zdania, że minął raz na zawsze smutny okres, w którym nasz lud z bólem serca patrzeć musiał na nieporozumienia między paralją a pasterzem i na swawolne zaczepianie kapłanów często z nieszlachetnych pobudek, tycie parafjalne odrasta i krzewi się. Stowarzyszenia i związki kościelne wstępują na drogę nowego rozwoju. Potęguje się ruch abstynencki. Rośnie zainteresowanie się własnym kościołem i troska o niego, jak tego dowodzi ofiarne odnawianie świątyń. We wszystkich dziedzinach życia kościelnego zauważyć można zwrot na lepsze i to wskazuje, że wstępujemy w nowe czasy odbudowy i postępu.
Przesilenie nie minęło zupełnie, ale słabnie. Dusza śląska odczuła wyraźnie potrzebę odrodzenia się w Chrystusie i znalazła w sobie samej wolę i siłę do czynu. Po grubych zmierzchach już piękny zapowiada się poranek wiary. Z przenikliwych chłodów
powstaje ciepła wiosna miłości chrześcijańskiej. Z manowców rozterki wchodzę dusze na prostą drogę zgody i jedności, aby wspólnie budować Królestwo Chrystusowe.
Należy teraz wytężyć siły do stanowczego czynu i zupełnie wyplenić chwasty, którymi porosła gleba serca śląskiego. Po gniewach i walkach wróćmy do pługa, do pługa wiary i nim głęboko przeorajmy ziemię śląską, odleżała i stęchłą. Ziarnem bożem zasiejmy niwy nasze, aby po latach głodu duchowego zaszumiało na nich złote kłosiste morze łaski bożej ku pokrzepieniu dusz, spragnionych życia i siły. Nie pozwalajmy, aby wypadki dalej igrały dowolnie z duszę śląską. Sprowadźmy ją silną ręką na tory odrodzenia religijnego i sami bądźmy jej przyszłych kierunków sternikami. „Pokój Chrystusowy" niech zawładnie naszą krainą.
Niestety, już w samych początkach tego odrodzenia naszego napotykamy na niespodziewaną a wielką przeszkodę. Bo ledwo zabraliśmy się do naprawy szkód, wyrządzonych przez huragan, jaki na nas sprowadziły wypadki lat ostatnich, a już bije w nas inna wroga fala, o wiele groźniejsza. Bo nie bije na nas, jako ślepe następstwo tego, co było, ale pędzą ją na nas świadome siły i każą jej uderzać w nasze życie religijne z wyraźnym celem, aby podmyć gmach naszych wierzeń i zabagnić dziedzinę obyczajów. Idzie ta fala skądś daleko, spoza Śląska. Jest obrachowana na spokojne działanie, a na łem pewniejszy skutek. Nie chce budzić oporu, a najchętniej uśpiłaby czujność samego Kościoła. Więc nie przybiera kształtu rozhukanych bałwanów, ale idzie ku nam z urokiem cichej laguny, raz świecąc połyskiem postępu umysłowego, innym razem przybierając koloryt wykwitu zachodniej kultury, to znowu lśniąc barwami ponętnych zdobyczy społecznych. Ale pod tą ułudą kryją się męty i błoto, zła wola i złe zamiary. Bo co zaczynamy odbudowywać, to ta fala nam burzy. Ledwie zabraliśmy się do gruntownego wyczyszczenia domu swego, a ona go znowu brudnemi szumowinami kala. Uzdrawiamy swój organizm, a ona go z nowa zatruwa. Silimy się na stanowczy czyn katolicki, a ona te wysiłki osłabia i niweczy. I nie będzie u nas tego odrodzenia, do którego się zrywamy, jeśli nie powstrzymamy i nie odeprzemy tego groźnego zalewu. Musimy się więc tym mąlnym wodom bliżej przypatrzeć, aby je od żywych źródlanych strumieni Chrystusowych dokładnie rozeznać, a potem wspólnym wysiłkiem z kraju naszego wygarnąć.
Takiemi mętami są te bałamutne pojęcia o wierze katolickiej, które nam tu wnoszę na Śląsk niejednokrotnie nawet tacy, co chcą być katolikami i za takich się uważają. W przeciwstawieniu do naszej prostej i jasnej wiary, ujętej w ściśle określone prawdy i wyrażającej się w stałych zasadach moralnych, pojawia się tu jakiś inny katolicyzm, mglisty i ciemny, który sobie z żadnej prawdy wiary i z żadnego obowiązku religijnego jasno sprawy nie zdaje. Jakiś katolicyzm płytki i powierzchowny, który przestał być głębokiem przekonaniem, a stał się poglądem zmiennym a tak słabym, że nie ma siły orjentacyjnej i nie daje mocy do czynu religijnego. Jakiś katolicyzm nieuchwytny, odzywający się li tylko w sferach uczucia jakiemś wspomnieniem z lat młodych, a zresztą skostniały i niepraktykujący. Jakiś katolicyzm zwyczajowy, niby produkt tradycyj narodowych i rodzinnych, który zna jeszcze opłatek wigilijny i święcone wielkanocne i pasterkę na Boże Narodzenie, ale prawie nic pozatem. Jakiś katolicyzm okolicznościowy, z którym, niby z tradycyjnem uzupełnieniem pojęcia Polaka, wystąpić wypada w święta narodowe i na niektórych ustalonych obchodach. Jakiś katolicyzm modny, z którym nie można nie pokazać się na pogrzebie i na ślubie znajomych. Jakiś katolicyzm obliczony, który dla polityków jest drogą do pewnych faktów i celów, a którym partje posługiwać się mogą jako środkiem propagandy, zwłaszcza w okresie wyborczym. Jakiś katolicyzm pojmowany jako martwa kategorja statystyczna, w której mają prawo obywatelstwa wszyscy, co raz do niej wpisani, nie przepiszę się do kategorji innej, bez względu na to, czy jeszcze w co wierzę i jak żyję. Przyszedł do nas ten katolicyzm, który nie chodzi do kościoła, nie zapoznaje się ze swym proboszczem, nie zna nawet imienia panującego Papieża, a w praktycznem życiu tak często nie zna zasad Chrystusowych.
Takie pojęcia o katolicyzmie to męty religijne. A za nimi płynę męty gorsze, z dążnością, do zatarcia w religji katolickiej wszelkiego charakteru boskiego i nadprzyrodzonego. Wszak coraz fo częściej spotykamy się tutaj z takimi, co ignoruję fakt Objawienia i nie wiedzy o natchnieniu Pisma świętego. Jeżeli kiedyś o tem lub owem słowie lub o myśli jakiej z Ewangelji wspomną, to czynię to z takim gestem, z jakimby przytoczyli ustęp z talmudu lub koranu, gdyby go znali. O mało nie stawiaję Chrystusa na równi z Buddę i Mahometem, a ileż razy robi go się ideowym poprzednikiem Marxa, pierwszym socjalistę, a nawet pierwowzorem komunisty. Nie wiedzę, że Chrystus boską powagę ujęł w swej religji stosunek do Boga w prawidła pewne i nieodmienne, wszystkich obowiązujące. Nie wiedzę, że odtęd zbawienie dokonywać się może tylko środkami przez Niego ustanowionymi. Nie wiedzę, że jak jest jeden Bóg i jeden Zbawiciel i jedna Ewangelja, tak jest tylko jeden Kościół Chrystusowy, jedna prawda, jedna jedyna droga.
A może i wiedzę jeszcze to wszystko, bo kiedyś wiedzieli na pewno, ale praktycznie otrząsnęli się z tego wierzenia i powiedzieli sobie, że tego nie chcę, że to niemożliwe, bo im fo było niewygodne i twarde. U tych katolików wogóle wszystko niemożliwe, co nie dogadza i krępuje i w dany program życia czy działania ująć się nie da. I tak z tej jasnej boskiej nauki Chrystusowej porobili sobie ulotne mgławice religijne, za którerni nie widzę ani Boga, ani bożego prawa. Pojmuję religję na wzór nieobowiązującego systemu filozoficznego, na który się godzić można, ale z zastrzeżeniem swej swobody w działaniu. Pojmuję religję jako zbiór niezłych myśli, ku dowolnej rozwadze ludzkości, byleby z nich nie wysnuwano wniosków „nudnych". W końcu sami sobie tworzę religję z kilku, nieraz bardzo nielicznych pojąć, tak wybranych i tak zestawionych, iżby czasem nie przeszkadzały w życiu. I tak umieją pogodzić religję ze wszysłkiem. Słwarza sobie taką religję człowiek nieuczciwy i umie ją pogodzić z oszustwem i krzywdą bliźniego. Stwarza sobie taką religję człowiek występny i umie je pogodzić z rozpustę, niewiernością małżeńską i rozwodem. Stwarza sobie taką religję nawet człowiek niereligijny i umie je pogodzić z tem, że Kościoła nie zna i o Bogu nie pamięta. A czyż niejeden socjalista nie umie pogodzić swego katolicyzmu 2 hasłami nienawiści klasowej i z programową walką z wiarę i z Kościołem katolickim?
Ile mętów religijnych! A przychodzą do tego męty sekciarskie. Męty o rożnem zabarwieniu, ale wszystkie brudne i brudzące. Płynę niemal wszystkie z dalekiej Ameryki, gdzie z biegiem czasu ściekły z zielonych pagórków Chrystusowych jako odpływ tego, co Kościół z siebie wydziela, aby się czyścić i odświeżać. Mętami są te nauki kacerskie, które rozpowszechniają. Matami sę te pisma, które rozrzucają. Mętami to bałamutne tłumaczenie Biblji. Mętami te brednie o bliskim końcu świata. Męłami ta fałszywa „narodowość" sekty hodurowców. Mętami te egzaltacje i sprosności rozkładającego się marjawityzmu. Mętami i trucizną jest to, co je pomimo wzajemnej walki łączy, a mianowicie ta chorobliwa nienawiść do Kościoła katolickiego i ta bezwzględna z nim walka.
I jeszcze gęstsze i brudniejsze ku nam płyną męty. Tych już nie pędzi błąd lub słabość, nie nieznajomość religijna lub heretycki szał. Te ostatnie męty pcha naprzód szatańska nienawiść do Chrystusa i Boga. Mamy tu do czynienia z nieprzebłaganymi wrogami Kościoła i wiary, którzy tajną siecią ogarniają także Polskę i skrytą konspiracją szykuję się do wielkiej i otwartej walki z Chrystusem. Ta fala wdziera się na Śląsk ze wschodu i z zachodu w kształcie komunizmu, który w piekle swych rządów sowieckich, opartych na zasadzie zła, nie może ścierpieć Boga, będącego początkiem i stróżem dobrego. A w innej formie wnoszą tu te same tendencje ateusze różnego zawodu i pokroju. Pod hasłem postępu i odrodzenia propagują oni berwyznaniowość głównie w kołach inteligencji. Robota ich pachnie masonerją. Wszak tu i tam odzywają się podobno tęsknoty za lożą
Męty i męty!
Zabagnia ta fala niestety i dziedzinę obyczajów. Podkopując nietylko moralność katolicką, ale i etykę naturalne, szerzy przerażające rozpasanie obyczajów w dorosłych i w młodzieży, a głosi taką pobłażliwość poglądów, że nawef w kołach poważnych i miarodajnych zatraca się rozeznanie dobrego i złego. Pojęcie pornografji poczyna się zaliczać praktycznie do religijnych przesad. Na stolikach katolickich domów leżą niemożliwe pisma ilustrowane. Na ścianach wiszą u nich bezwstydne płótna. W salonach prowadzi się śliskie rozmowy. W bibljoteczkach rodzinnych spotkać można najgorsze romanse, a brak zasad u pań pozwala się szerzyć modzie, która jest niepolska, a wzorując się na tem, co jest najgorszego za granicą, jest nieskromna i grzeszna, bo gorsząca, a często wprost obliczona na zmysłowe efekty.
Tą atmosferą zakaża się rodzina, z której zdziera się wszystko, co szczytne i boże. Zbezczeszcza się Sakrament, którym ją Bóg uświęcił. Rozrywa się jedność, którą Bóg ją związał. Fałszuje się cel, który Bóg jej wyznaczył. Ze świątyni rodzinnej robi się dom sromotny. Instytucja życia zamienia się na praktykę zbrodni i śmierci. Co z woli bożej natura przeznaczyła na źródło życia i siły narodu, fo wyradza się w jego powolną zagładę i staje się jego grobem. Pojęcie wierności małżeńskiej ulega wypaczeniu. Mnożą się separacje, procesy rozwodowe, śluby tylko cywilne, trafia się nawet przechodzenie w celach małżeńskich na protestantyzm. I gorsze zachodzą rzeczy.
Męty i brudy!
Rozpasały się duchy łakże w życiu publicznem i jak gdyby w tej dziedzinie nie obowiązywały zasady chrześcijańskie, zaczęto wielokrotnie uprawiać politykę, niezależną od wszelkich praw moralnych. Toteż spotykamy tu więcej walki z przeciwnikami politycznymi, niż pracy dla ojczyzny. A jakiej walki! Mniej widzimy przykładów podporządkowania interesu partyjnego pod interes kraju; częściej patrzymy na górowanie interesów osobistych. Dla wielu ojczyzna jest po to, aby z niej korzystać. Przed słuszną i sprawiedliwą daniną, jakiej żąda, bronią się wszelkiemi sposobami, a od ofiar na rzecz wspólnej macierzy stale i zręcznie się uchylają. W stosunkach społecznych panoszy się egoizm niebywały. Opieranie wszystkiego na liczbach, z wykluczeniem wyższych racyj i względów, pogłębiło nieporozumienie między pracodawcami a klasą robotniczą. Przyszło do tego, że wobec braku głębszego nawiązania na zasadach sprawiedliwości chrześcijańskiej, walka stała się prawie jedyną forma, wzajemnego oddziaływania.
Męty i napięcie!
Płyną te męty dolinami, kędy się toczy życie śląskie. Lud słyszy o nich w rozmowach, czyta o nich w pismach, ogląda je w przykładach, widzi je naokoło siebie, oddycha ich wyziewami. Płyną te maty przez chaty i domy robotnicze. Płyną przez huty i szyby. Płyną przez biura i salony. Płyną te męty... Gdzieżby nie płynęły! Kto ich nie zna? Komu nie były kamieniem obrazy? „A z owoców ich poznacie je". Waszemu zmysłowi katolickiemu, moi drodzy, nie trudno odgadnąć, czyjego są ducha. W smutnym obrazie, który wam krótko naszkicowałem, dostrzegliście wiele śladów ciemnego nieuctwa w rzeczach wiary i wiele, bardzo wiele grubych rysów obojętności religijnej i moralnej słabości. Ale zarazem uderzyły was w tym obrazie te namiętne zapędy na myśl katolicką i to otwarfe podkopywanie życia katolickiego. I właśnie te zapędy nadawają całości obrazu właściwą cechę i znamię rozgrywki. Nie ma wątpliwości co do tego, że zanosi się tu na wielką walkę, na walnę rozprawę duchów, której wynik na dłuższy czas o tem stanowić będzie, czy Śląsk ma pozostać katolickim, czy nie. Ta walka już wszczęta. Toczy się na całym froncie życia, a najgwałtowniej sroży się w duszach. Celem wrogów jest zachwianie idei katolickiej po to, aby następnie zastąpić Chrystusa jakimś masońskim naturalizmem, a życie nasze cofnąć z linji Chrystusowej daleko wstecz, do pogaństwa o wyraźnym charakterze antychrześcijańskim.
Chwila poważna. Jeszcze nie zlikwidowaliśmy zupełnie własnego przesilenia religijnego, a już wchodzimy w inne przesilenie, daleko niebezpieczniejsze. Ledwie nasz organizm zmógł wewnętrzną chorobę duszy śląskiej, a już go dręczę gorączki nowych infekcyj. Nie możemy się fudzić; zbliżamy się szybkiemi krokami do punktu kulminacyjnego naszego religijnego kryzysu.
Ten dziejowy dla Kościota śląskiego moment musi nas zasłać przygotowanych i złączonych do obrony krzyża. A ponieważ tu chodzi o całe chrześcijaństwo i o wiarę całego ludu, musi stanąć do wielkiego wspólnego czynu z klerem swoim cały śląski lud, Jak kiedyś nasi królowie w niebezpieczeństwie ojczyzny ogłaszali pospolite ruszenie i włedy całe rycerstwo polskie siadało na koń i nastawiało piersi w obronie kraju, tak i ja dziś wzywam was wszystkich do świętej wyprawy w obronie wiary i Kościota. Zbierzemy sią nie z trwogą w sercu, ale silni miłością Chrystusową wystąpimy z taką mocą, że nietylko odwrócimy klęską religijną od kraju naszego, ale go odrodzimy głęboko i zupełnie najczystszym duchem Chrystusa.
Przesilenie stanie się początkiem trwałego odrodzenia.
Po tem wszystkiem spytacie się mnie, na czem właściwie to odrodzenie katolickie polega i jak ono się w naszych warunkach dokonać może.
Obrazem odrodzenia jest wiosna, bo gdy ona w kraj zawita, budzi się cała przyroda z uśpienia do nowego życia. Gdy w słoneczny dzień majowy wchodzimy do sadu, przyodzianego świeżą szatę zieleni i kwiecia, gotowiśmy myśleć, że na liściach i kwiatach polega wiosenne odrodzenie przyrody. A jednak tak nie jest. To odrodzenie nie nastąpiło na kończynach gałązek, ale wewnątrz twardego pnia, głęboko pod korę. Tam najprzód pod działaniem kosmicznem przebudziło sią życie i stamtąd rozeszło sią we wszystkich kierunkach. Poszło w korzenie i podbudzilo je do ssania świeżych soków z wilgotnej ziemi. Poszło w tkaninę i korą, torując drogą limfie, płynącej szybkę falą w górą. Dotarło przez konary do gałązek i podnieciło je do wydania liści i kwiecia, które odrodzenia wiosennego są widomym skutkiem i objawem.
Podobnie ma się rzecz z odrodzeniem religijnem. Nie polega ono na tem, ze tu i tam zaprowadzimy jakaś poprawkę w trybie życia. Nie zależy ono na rozmnożeniu zewnętrznych aktów religijności ani nie stanowi o niem liczba poświęconych sztandarów. To odrodzenie dokonać się musi nie na powierzchni życia, ale głęboko wewnętrz duszy. Wiosna Chrystusową muszą ożyć najprzód serca, a wtedy z nich rozejdą sią odrodcze energje wiosenne na całokształt życia.
To religijne odrodzenie serc nie jest jednak zupełnie podobne do wiosny w przyrodzie. Sen, w którym roślinność zimę jest pogrążona, to sen naturalny i zdrowy. Na przebudzenie się z niego wszystko w roślinności jest przygotowane i niemal czekające. Tymczasem nasze odrodzenie to nie przebudzenie się z czerstwego snu, lecz uzdrowienie z choroby. Widzieliśmy, jak ta choroba ciężka i niebezpieczna. Nasze wewnętrzne siły stargane. Organizm tylu jadami zatruty. Więcej w nim skłonności do dalszego poddania się chorobie, niż do powstania. To wszystko i ta mdłość nasza i ten stan goręczkowy nie sprzyjają odrodzeniu. Toteż ono nie przyjdzie do nas jako nagły cud wiosenny, ale osiągnięte tylko być może nasze pracą i naszym umiejętnym wysiłkiem. Tego odrodzenia my sami z pomoce laski bożej dokonać musimy.
A najprzód i czemprędzej należy wzmocnić słabnące w duszy śląskiej siłę żywotną. Tą siłą zaś nie jest nic innego, jak wiara i duch Chrystusowy. Właśnie ten duch Chrystusowy gaśnie. Z płomienia wielkiego zmalał do słabej iskry, która nie grzeje a mało świeci. Tę iskrę trzeba na nowo rozżarzyć, a nie rozżarzy się ona niczem innem, jak tylko nowem ożywczem łchnieniem tego samego Chrystusowego ducha. Aby się odrodzić, musi dusza śląska tego świeżego ducha jaknajwięcej w siebie wchłonąć, musi się nim nasycić, ukarmić i musi go w sobie przeżyć. Musi się wiarą tak głęboką przejąć, iżby się w niej stała owym podkładem myślowym, na kfórym niby na bezpiecznym fundamencie opierać się mogą zasady katolickie, przekonanie katolickie i ustalony katolicki światopogląd. Duch Chrystusowy musi w duszy zrodzić owo poczucie katolickie i ów czuły zmysł kościelny, kfóre w dziedzinie pojęć religijnych, niemal instynktownie rozeznawają fałsz od prawdy. Duch wiary musi w duszy wychowywać owo światłe a wyraźne sumienie katolickie, które, sfojąc na straży prawa Bożego i katolickiej moralności, nie da się niczem ni zamącić, ni przytłumić. Dusza wiarą owiana musi w sobie odczuć tętno owego czucia z Kościołem, ze Stolicą świętą i z Papieżem, kfóre jest wykwitem chrześcijaństwa i znamieniem prawdziwej kałolickości. Dopiero z serc tak w Chrystusie odrodzonych buchną, niby ze skalnego źródła, wody żywe i czyste, które odświeża religijność, obmyją obyczaje i podniecą do bujnego życia wszystkie dzieła, wyrosłe na gruncie Kościoła. Z duszy odrodzonej wiarą tryśnie odrodzenie życia.
Trzeba odrodzić pobożność katolicką, aby nie była praktyką bezmyślną i płytką, bez związku z wiarą a oderwaną od życia. Jako szczery i obowiązkowy wyraz głęboko odczutej zależności od Stwórcy, musi pobożność być chwalą i służbą bożą, pełną
prawdy i siły. Objawiać się powinna przez prywatne nabożeństwo, odprawiane w cichym kościółku własnego serca, ale i przez udział w nabożeństwie rodzinnem i przez uczestniczenie w publicznych nabożeństwach, zgodnie z przepisami Kościoła i jego liturgją. A nabożeństwo katolickie to zawsze i tylko modlitwa. Modlitwa zaś, choćby uroczysta, to nie parada, ale święta i pokorna rozmowa z Bogiem. Nikogo nie poniży, każdego podwyższy, każdego pokrzepi. A ponieważ największe skarby łaski i miłosierdzia bożego otwierają się duszy w Sakramentach świętych, niemasz od nich skuteczniejszego środka odrodzenia. Przyjęcie Sakramentu, to już coś więcej, niż rozmowa z Bogiem. To Jego święty uścisk przebaczenia i pokoju, to boże przytulenie duszy do ojcowskiego Serca i boży pocałunek, to boże Ciało jako pokarm i silą do dobrego. Toteż odrodzenie bez Sakramentów świętych jest niemożliwe, a uczęszczanie do Sakramentów jest odrodzenia religijnego znakiem i miarą. Codzienna Komunja święta, to ideał, do którego dążyć musimy.
Z religijnych głębin duszy płynie odrodzenie w dziedzinę życia prywatnego, gdzie się spotykamy z codziennym ludzkim czynem, drobnym i wielkim, jawnym i skrytym, z pracą, z wypoczynkiem i zabawą. To wszystko musi wiara według prawa bożego ułożyć i uzgodnić. Odrodzenie musi w całe życie wnieść konsekwencję moralną, sprowadzając wszystko do prawidła sumienia katolickiego. Katolik powinien być katolikiem w sercu, w kościele, na ulicy, w towarzystwie, przy pracy, wszędzie i zawsze. Odrodzenie musi gruntownie odbudować obyczaj, sumienność, uczciwość, wstrzemięźliwość, a przedewszystkiem miłość. Jedno ze swych najwznioślejszych zadań ma odrodzenie do spełnienia w rodzinie. W to grono ludzi, którzy tytułem krwi do siebie należą, ma wnieść pierwiastek nadprzyrodzony, aby się z mieszkania rodzinnego stała rodzinna świątynia, a z ogniska domowego domowy ołtarz, a z ojca rodziny kapłan, z matki anioł, z dziatwy zaś świeże a silne pędy na drzewie Kościoła i narodu.
Odrodzenie odnowi tu wiarę i miłość, wzmocni jedność, ugrun¬tuje święty obyczaj i wychowanie dzieci w bojażni bożej. Rodzina katolicka musi odżyć jako zdrowa i pełna życia komórka religijna i społeczna.
Odrodzenie będzie towarzyszyło Ślązakowi także na drogach życia publicznego, w ruchu społecznym i w polityce. Bo i tam katolik nie przestaje być katolikiem i powinien swego sumienia katolickiego słuchać, Niema polityki niezależnej od prawa bożego, tak jak niema ani ruchu, ani stanowiska, któroby spod zasad moralnych były wyjęte. Musi więc katolik i jako cztonek organizacji zawodowej, i jako maż partji politycznej, jako poseł i jako senator, jako dziennikarz i jako urzędnik, postępować w myśl zasad katolickich. Czy na zebraniach przemawia, czy na konferencjach radzi, czy za swe partją walczy, czy w Sejmie głosuje, czy w redakcji pisze lub rozporządzenia wydaje, musi się trzymać tych samych zasad moralności chrześcijańskiej, kłóre go w życiu pry-watnem obowiązują. I w tę dziedzinę należy wprowadzić konsekwencję moralną i stałość zasad. A że właśnie na tem polu jest u nas wiele do naprawienia, będzie tu odrodzenie musiało być przeprowadzone ze szczególną energja. Tej energji Śląskowi nie braknie, bo katolicki Śląsk nie chce znać polityki wbrew Ewan-gelji i bez Ewangelji. Byłaby to polityka bez Boga, a politykom i metodom bez Boga lud śhski nie zawierzy.
Taką wiosnę religijną spraszam od Boga na kraj i na lud nasz. Do tego odrodzenia duszy śląskiej wzywam was wszystkich, moi kochani bracia i siostry. A że dusza śląska to nic innego, jak zespół idealny wszystkich naszych dusz, więc i odrodzenie jej tylko o tyle się dokona, o ile się poszczególne dusze nasze odrodzą. Odrodzi się rodzina, jeżeli się odrodzą jej członkowie. Odrodzi się gmina, jeżeli się odrodzą jej mieszkańcy. Odrodzi się parafja, jeżeli się w niej odrodzą wierni. Odrodzi się huta i kopalnia, jeżeli się odrodzą zajęci w niej ludzie. Odrodzi się Śląsk, jeżeli się w Chrystusie odrodzę Ślązacy. Tak wszyscy do tego odrodzenia przyczynić się musimy. Każdy niech się odrodzi w swej duszy. Każdy niech sią odrodzi w swem praktycznem życiu prywatnem i pubilcznem. l co więcej, każdy niech się stanie tego odrodzenia apostołem.
To apostolstwo chciałbym wam gorąco polecić. Śląsk miał zawsze wybitnych katolików i ma ich dziś jeszcze w każdej parafji. Ale katolik śląski, który ma wyjść z tego odrodzenia, ma być nieco odmienny od dotychczasowego przeciętnego typu. Ma to być katolik nietylko w sobie i dla siebie i w swem kółku rodzinnem, ale ma być katolikiem także dla społeczeństwa i dla całego kraju. Nie może i nie powinno odrodzonemu katolikowi być obojętne, w jakim duchu prowadzi się naprzykład sprawy gminne. Nie może mu być obojętne, jak łam wygląda obyczajność publiczna. Nie może mu być obojętne, w jakim kierunku religijnym i moralnym idzie jego parłja polityczna. Nie może mu być obo¬jętne, jakie u nas prasa szerzy zasady i jakie ma cele. To wszystko powinno go obchodzić, na to wszystko on powinien swój wpływ wywierać, zawsze w kierunku wiary i odrodzenia. Przejąwszy się apostolstwem dla idei katolickiej, ma w duchu Chrystusowym oddziaływać na zasady i przekonania, na zwyczaje i obyczaje, na myśl społeczna i polityczna. W razie potrzeby musi się umieć oprzeć, protestować, bronić i domagać. Z katolika w izbie musi się Ślązak stać katolikiem w świecie. Spod ambony, gdzie sam jest słuchaczem słowa bożego, musi iść na rozdroża, kędy zbitą łala łłoczy się życie nowoczesne, i tam być braciom żywym, wymownym drogowskazem. Z ucznia powinien się stać apostołem.
Czytamy w Biblji, że gdy Nehemjasz po powrocie z Babilonji odbudowywał Jerozolimę, „to pobudziło się serce ludu ku robieniu" i praca żwawo szła naprzód. Włedy sąsiednie a nieprzyjazne Żydom ludy zaczęły sobie najprzód z nich drwić, sadzać, iż rozpoczętej odbudowy nie dokończą. Ale gdy roboty raźnie postępowały, zaniepokoili się nieprzyjaciele świętego miasta i poczęli Żydom przeszkadzać, a w końcu „rozgniewali się nazbyt" i postanowili zbrojnym napadem dalsze odbudowę uniemożliwić. Tem się ani Nehemjasz, ani lud żydowski nie odstraszyli. Zorganizowano w mieście czujną straż, uzbrojono pracowników, ale pracy nie przerwano, co księgi Ezdraszowe w tych pięknych słowach wyrażają, że każdy z „budujących na murze i noszących brzemiona i nadkładających jedną ręką robił, a drugą miecz trzymał". Tą stanowczością Nehemjasz trzymał zdała nieprzyjaciół, a tymczasem prowadził energiczne roboty naprzód, aż odbudowane miasto otoczył silnemi murami obronnemi.
W podobnych warunkach i my przystępujemy do katolickiej odbudowy Śląska. Jestem przekonany, że i u nas „pobudzi się serce ludu ku robieniu". Ale przewiduję także, że i nasza odbudowa będzie miała swych wrogów, których złość i liczba rość będzie w miarę, jak maleć będą ich znaczenie i wpływy. Powstaną jako przeciwnicy wszyscy, którym odrodzenie katolickie Śląska psuć będzie szyki i rachuby. Powstaną i będą nam urągali. Powstaną i będą nam przeszkadzali. Powstaną i złączą się do wspólnej na nas napaści. Ale to nas nie zmiesza i nie odstraszy. Podwoimy swoją gorliwość, przyspieszymy pracę, a jeżeli potrzeba będzie, uzbroimy się ku obronie. Jedną ręką będziemy odbudowywali a drugą odpierali napaści wrogów i szkodników. Pomimo wszystkiego odbudowę Śląska na zasadach wiary przeprowadzimy i ukończymy i w ten sposób ugruntujemy nową i trwałą religijną przyszłość naszego ludu.
Każdy z was, moi drodzy, rozumie, że odrodzenie, tak szeroko zakreślone, to dzieło niezwykłe i ogromne. Będzie ono dziełem łaski bożej w sercach i dziełem naszej własnej pracy. Będzie dziełem duchowieństwa i dziełem wiernych. Dziełem Kościoła i społeczeństwa. Dziełem dawnych środków i nowych sposobów, w myśl Zbawiciela przyrównującego Królestwo Boże do człowieka gospodarza, „który wyjmuje ze skarbu swego nowe i stare rzeczy". Zatrzymamy i zastosujemy ,,rzeczy stare", stare wypróbowane metody pastoralne, ulepszając i ożywiając je nowym duchem. Wprowadzimy „rzeczy nowe" i nowe formy pracy. Będziemy budzili nowe siły, dotąd uśpione i niewyzyskane. Nowym systemem organizacyjnym zjednoczymy w ręku Kościoła całą potęgę wiary i całą energję katolickiej duszy i łą skupioną silą uruchomimy akcję katolicka, która nie jest niczem innem, jak dziełem odrodzenia katolickiego, prowadzonego systematycznie i jednolicie, przez ludzi świeckich, w łączności i zależności od Kościoła i w jego duchu.
Pozwólcie, że w ostatniej części tego orędzia krótko nakreślą zasady i organizację tej „Akcji Katolickiej" i jej sposób działania.
Nie jest to nic nowego, że świeccy biorą udział w posłannictwie Kościoła i u boku księży spełniają pewne pomocnicze apostolstwo kapłańskie. Już od najdawniejszych czasów pomagali biskupom i kapłanom mężowie i niewiasty szerzyć zasady Chrystusa. Święty Paweł pisze o mężach, których nazywa „pomocnikami swymi w Królestwie Bożem", a w liście do Filipensów wspomina o pobożnych niewiastach, które w Ewangelji społem z nim pracowały. Wiadomo, że w pierwszych trzech wiekach po¬zyskiwali dla idei Chrystusowej więcej pogan świeccy niż kapłani, którzy naogół musieli się ukrywać. Do najpiękniejszych obrazków ówczesnej akcji katolickiej należy młodzieniaszek Tarsycjusz, który nosił skrycie Komunję świętą uwięzionym chrześcijanom, za co poniósł śmierć męczeńską. W różnych zmieniających się formach przetrwało to apostolstwo laików aż do nowszych czasów, w których pomiędzy innymi nowym zajaśniało blaskiem u nas na Podlasiu, gdy unici, pozbawieni księży, nawzajem sobie byli kapłanami, utwierdzając się we wierze wobec krwawego naporu schizmy rosyjskiej. Były to jednak niemal zawsze formy luźne, przygodne. Dopiero w ostatnich dziesiątkach lat Akcja Katolicka poczęta przemieniać się w zwartą organizację, która obecnie z inicjatywy Ojca św. Piusa XI ustaliła się we Włoszech, jako olbrzymie, masowe zrzeszenie się katolików na podstawie statutu, zatwierdzonego przez samego Papieża.
I dla nas wybita godzina Akcji Katolickiej. Wynika to z naszych stosunków i z potrzeby naszego odrodzenia się, jak na to powyżej wskazywałem. W takiej chwili musi nasz laikat ideę Akcji Katolickiej należycie zrozumieć i swym kapłanom pospieszyć z chętne i walna, pomocy. Przedewszystkiem powinni wszyscy sobie jasno zdać sprawę z tego, że nie chodzi tu o jakiś interes stanowy księży, ani o jakaś drobnostkę, która tylko dla Kościoła ma pewne znaczenie. Tu chodzi o cały lud, o wszystkie nasze stosunki, o ducha śliskiego dzisiaj i w przyszłości. Każda taka ogólna sanacja tylko wtedy się udaje zupełnie, gdy ją ogół zrozumie i jako swoja sprawę weźmie w swoje ręce i jako swoje własne dzieło przeprowadzi.
Akcja Katolicka nie jest pojęta jako dzieło jakiejś elity, lecz jako odruchowy i zbiorowy ruch całego ludu wierzącego. Nie jest akcją polityczna, ani klasowe, ani zawodową; nie łączy się z żadne partją, nie identyfikuje się z żadnym kierunkiem politycznym i politykę ze swego programu zupełnie wyklucza. Natomiast budząc sumienie katolickie, urabiając katolickie zasady, przygotowuje ludzi o wyraźnem katolickiem przekonaniu, ludzi katolickiego jutra w kraju.
Ponieważ Akcja Katolicka jest istotnie częścią ewangelizacyjnej pracy Kościoła, musi się ona z konieczności do programu jego działalności dostosować i od hierarchji kościelnej zależeć. Nie-masz zatem Akcji Katolickiej bez łączności z Kościołem i niemasz Akcji Katolickiej bez zależności od niego. Nie może być Akcji Katolickiej na podstawie statutów. Kościołowi nieprzedłożonych i przez niego nieuznanych, i nie może być Akcji Katolickiej, na którą Kościół nie ma wpływu przez organy przez siebie do tego wydelegowane. Nikt nie może występować z firmę katolicką bez aprobaty i wiedzy Biskupa, tak jak nikt nie może występować z inicjatywą katolicką bez jego zezwolenia. Ta łączność z Kościołem jest dla akcji katolickiej źródłem błogosławieństwa i płodności, a karna zawisłość od Kościoła ustrzeże akcję katolicką od rozpraszania sił i od schodzenia na tory, po których myśl katolicka posuwać się nie może.
Już z tego wynika, że Akcja Katolicka, tak określona, musi być ujęta w jakąś wielką, ale ścisłą i dokładną organizację, zostającą w organicznym kontakcie z hierarchją kościelną. Musi to być organizacja, która wchłaniając wszystkie świeckie siły katolickie, sumuje i koordynuje je w swem łonie, oczyszcza i potęguje je żywym duchem Kościoła, a następnie działa przez nie celowo i systematycznie nazewnątrz tam, gdzie tego zachodzi potrzeba. Taką organizację stworzymy na Śląsku pod nazwą Ligi Katolickiej, przez co urzeczywistnimy także najważniejszą rezolucję, którą wspólnie uchwaliliśmy na II Śląskim Zjeździe Katolickim.
W czterech wielkich oddziałach wstąpicie, moi ukochani, do Ligi Katolickiej: jako mężowie katoliccy, jako niewiasty katolickie, jako katolicka młodzież męska i żeńska. Dla każdej grupy będzie w ramach Ligi Katolickiej szczególne samodzielne stowarzyszenie i związek, a wszystkie grupy razem będą według ustawy Ligi Katolickiej pracować nad religijnem odrodzeniem Śląska. Stowarzyszeń ściśle kościelnych i bractw Liga nie naruszy, przeciwnie, spodziewa się, że będąc w rozkwicie, dostarczą jej najlepszych sił. Różni zaś się Liga od tych ściśle kościelnych zrzeszeń tem, że nie ogranicza swego zadania do swych własnych członków, ale przez nich oddziaływać chce na świat i społeczeństwo.
Liga Katolicka nikogo pod względem politycznym krępować nie będzie. Ona wprawdzie, jako organizacja wykonawcza Akcji Katolickiej, nie zajmuje się polityką, ale jej członkowie praw obywatelskich nie tracą i dlatego jako jednostki na równi z innymi obywatelami w życie polityczne wchodzić mogę, oczywiście zgodnie ze swem katolickiem sumieniem i przekonaniem.
Pierwszem i najwłaściwszem polem pracy Ligi Katolickiej jest parafja. Na terenie parafjalnym ma Liga Katolicka wypełnić ową próżnię, która tu i tam oddziela owieczki od pasterza. Ma lud cały zbliżyć do proboszcza i pod jego przewodnictwem uchwycić wszystkie siły katolickie parafji i użyć ich do zgodnego i skuteczniejszego oddziaływania w kierunku szczególnych potrzeb gminy. Odbudowując jedność i organizację życia parafjalnego, Liga Katolicka ożywia początkową komórkę życia kościelnego, w której duch Chrystusowy styka się z sercem człowieka, wnosząc w nie boskie pierwiastki prawdziwego odrodzenia.
Dalsze pola działania wskaże grupom parafjalnym Zarząd Diecezjalny, który, badając potrzeby duchowe śląskie, będzie inicjował owe ruchy, akcje, manifestacje i zjazdy, jakich rozwój stosunków wymagać będzie. Będzie tej pracy niemało.
Liga Katolicka przysporzy niewątpliwie trudów kapłanom i obciąży ich znacznie. Ale należycie przeprowadzona i poprowadzona będzie ich podporą i pociechą. Jestem przekonany, że każdy z mych drogich współbraci zrozumie moją myśl i moje życzenie, co do tej pracy, i przygotowawszy należycie lud swój, po Wielkiejnocy powoła uroczyście do życia Ligę Katolicką, o ile tego jeszcze nie uczynił. I nie tylko Ligę założy, ale ją rozwinie, ożywi i do działania uzdolni. Dokona on przez to pamiętnego dzieła i kiedyś nad jego grobem jak o Onjaszu powiedzą: „Wzmocnił świątynię, za dni jego trysnęły studnie wody... i pozyskał sobie sławę na ustach ludu".
Ale i ty, mój drogi ludu, będziesz musiał ponieść niejedną ofiarę, aby temu dziełu odrodzenia Śląska, przez Akcję Katolicką się oddać. Wymagać to będzie od ciebie ofiary z czasu, ofiary z wypoczynku, ofiary z przyzwyczajenia. Wierz mi, ludu ukochany, że tej ofiary bym nie żądał, gdybym nie wiedział, że ona się stanie twojem szczęściem i twoje radością. Wiem, że tę ofiarą chętnie poniesiesz. Wiem, że zapalą się do niej młodzi i starzy. Wiem, że po parafjach jeden oddział współzawodniczyć będzie z innymi, aby przodować niefylko liczbą swych członków, ale duchem, przedsiębiorczością i pracą. I powstaną bohaterowie Akcji Katolickiej i spełni się także u nas słowo Ojca św. Piusa XI: „Jak męczeństwo za wiarę polega na przelewie krwi, tak męczeństwo za Akcję Katolicką polega na poświęceniu i ofierze".
Rozpoczynamy tak w imię boże to wielkie dzieło katolickiego odrodzenia Śląska. Akcja Katolicka, to ta nasza święta wyprawa, a Liga Katolicka, to to wojsko nasze ludowe, które z krzyżem i Matką Boską Częstochowską na tę wyprawę rusza. Wybierzmy się na nią z modlitwą w sercu a z pieśnią pobożną na ustach, bo to dzieło boże. Wybierzmy się z sercem czystem, bo to dzieło święte. Wybierzmy się z zapałem, bo to dzieło chwalebne. Wybierzmy się z miłością, bo to wyprawa o wyswobodzenie ludu naszego z niewoli i pęt ducha. Wybierzemy się i pójdziemy naprzód bez trwogi, aż najazd wrogów krzyża odeprzemy i oczyścimy kraj swój zupełnie.
Mija męka, mija słabość, mija „godzina ciemności", zbliża się Wielkanoc, a z nią klęska grzechu i śmierć śmierci. Nadchodzi śląska Wielkanoc, a z nią nowe życie i odrodzenie. A tą Paschą i Wielkanocą naszą to Chrystus. Podnieśmy się ze snu i wpatrzmy się w te ranne zorze Wielkanocy Chrystusowej na Śląsku. Zerwijmy się z letargu opieszałości, bo „jest godzina, abyśmy już ze snu powstali, albowiem teraz bliższe jest nasze zbawienie, niż kiedyśmy uwierzyli. Noc przeminęła a dzień się przybliżył. Odrzućmyż tedy uczynki ciemności, a obleczmyż się w zbroję światłości. Jako we dnie uczciwie chodźmy: nie w biesiadach i pijaństwach, nie w łożach i niewsłydliwościach, nie w zwadzie i w zazdrości, ale się obleczcie w Pana Jezusa Chrystusa". Wstańmy, podążmy wszyscy do Kościoła i tam z kapłanem zanućmy głośno: Lumen Christi! Deo gratias! Chwalmy Boga, że „ciemności przeminęły a prawdziwa światłość już świeci"3). Ta światłość wielkanocna i to wielkanocne Alleluja niech ogarną ślaskę duszę, nie jako mijająca fala szczęścia, lecz jako boża moc odrodzenia i życia.
„Pożądaniem pożadatem pożywać tę Paschę z wami". Wielkiem pragnieniem pragnąłem dla Śląska tej biesiady i dziś ja wam zostawiam, wzywając do niej wszystkich. Wszyscy do niej zasiądźcie i ukarmijcie się Barankiem Bożym i Jego duchem, a w mocy Jego chodźcie przez wszystkie dni żywota swojego.
Kościół, uniesiony wielkością dzieła Odkupienia, dokonanego przez Zbawiciela, woła w liturgji wielkanocnej: „O szczęśliwa ta wina, która zasłużyła mieć takiego Odkupiciela!" Życzę naszemu ludowi, aby ta świtająca Wielkanoc śląska takie nam sprowadziła błogosławieństwa, iżbysmy również kiedyś zawołać mogli: Szczęśliwe to przesilenie, które do takiego doprowadziło odrodzenia śląskiej duszy!
Alleluja! Ludu śląski, do czynu, a „odrodzi się, jako orłowa, młodzież twoja".
Katowice, dnia 1 marca 1924 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)