| Polska na nowo pojawiła się na mapie Europy. Trzeba było jednoczyć tereny poszczególnych zaborów. Przez 22 lata dokonywał tego Ślązak, August Hlond, pierwszy biskup katowicki – powiedział metropolita katowicki abp Damian Zimoń w czasie Mszy św. odprawionej 5 lipca w archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach w 130. rocznicę urodzin Sługi Bożego kard. Augusta Hlonda, Prymasa Polski. | |
| Abp Zimoń przypomniał, że spodziewano się mianowania Prymasem Polski innego biskupa. Jednak Stolica Apostolska do tej trudnej misji wybrała właśnie młodego śląskiego biskupa. Jego posługa przypadła na czas II Rzeczypospolitej, drugiej wojny światowej oraz początków „demokracji ludowej”. Metropolita katowicki wspominał przeniesienie doczesnych szczątków kard. Hlonda z krypty do kaplicy w archikatedrze warszawskiej. Sługa Boży kard. August Hlond urodził się 5 lipca 1881 r. na pograniczu Brzęczkowic i Mysłowic. Od szóstego roku życia uczęszczał do szkoły ludowej w Brzezince. Jako chłopiec wraz ze starszym bratem Ignacym udali się do Turynu. W 1897 r. August złożył śluby zakonne w zgromadzeniu księży salezjanów. Podjął studia na Uniwersytecie Gregoriańskim, które ukończył doktoratem z filozofii w 1900 r. Po powrocie do Polski, do święceń kapłańskich pełnił obowiązki wychowawcy i nauczyciela, dyrygenta chóru i sekretarza dyrektora zakładu salezjańskiego w Oświęcimiu. W 1905 r. otrzymał z rąk bp. Anatola Nowaka święcenia kapłańskie, a następnie objął stanowisko kapelana w zakładzie Lubomirskiego w Krakowie. Przeniesiony do Przemyśla, przez dwa lata pełnił funkcję dyrektora placówki salezjańskiej. Następnie w 1909 r. został przeniesiony do Wiednia, gdzie przez ponad dziesięć lat był prowincjałem nowo utworzonej prowincji, obejmującej Austrię, Węgry i cześć Niemiec. 7 listopada 1922 r. otrzymał nominację na administratora apostolskiego dla Górnego Śląska - górnośląskiej części diecezji wrocławskiej, która przypadła Polsce po plebiscycie. 28 października 1925 r. papież zatwierdził nową organizację terytorialną Kościoła w Polsce. Jedną z nowych diecezji była katowicka. Ks. Hlond został jej pierwszym biskupem. Kierował Kościołem na Śląsku tylko cztery lata (listopad 1922 - czerwiec 1926). 24 czerwca 1926 r. został mianowany przez Piusa XI arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim – prymasem Polski. W trakcie krótkich rządów w śląskim Kościele położył podwaliny pod sprawnie funkcjonujący zarząd diecezją: kurię, kapitułę, sąd biskupi. Zadecydował o miejscu utworzeniu seminarium duchownego z siedzibą w Krakowie. Założył "Gościa Niedzielnego". W dziedzinie duszpasterstwa przyczynił się do stopniowej polonizacji duszpasterstwa przez utworzenie własnych central dla bractw i stowarzyszeń katolickich. Po utworzeniu w końcu 1925 r. diecezji katowickiej został mianowany, a 3 stycznia 1926 r. konsekrowany na biskupa. 24 czerwca 1926 r. mianowany arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim, prymasem przez papieża Piusa XI, a 20 czerwca 1927 r. kreowany kardynałem. Jako prymas wiele wysiłku włożył w organizację Akcji Katolickiej, z centralą w Poznaniu, powstałej w 1930 r. Brał również udział w licznych międzynarodowych kongresach eucharystycznych oraz zorganizował w 1927 r. międzynarodowy kongres misyjny w Poznaniu. W 1932 r. wraz z ks. Ignacym Posadzym założył Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej. Był reprezentantem poglądu, iż Kościół nie powinien opowiadać się za żadną opcją polityczną. W 1939 r. opuścił wraz z rządem Polskę, udając się początkowo do Rumunii. 19 września 1939 r. przybył do Watykanu. Działał tu na rzecz sprawy polskiej poprzez przemówienia w watykańskim radiu, udzielając wywiadów prasie oraz wykorzystując swoje wpływy osobiste. W związku z przygotowaniami Włoch do wojny z Francją musiał opuścić Rzym. Od 9 czerwca 1940 do 6 kwietnia 1943 r. przebywał w Lourdes, gdzie informował przywódców Zachodu o sytuacji w okupowanej Polsce. Zmuszony przez rząd Vichy, przeniósł się do opactwa w Hautecombe koło Aix-les-Bains. 3 lutego 1944 r. został aresztowany przez gestapo i internowany w Paryżu, a potem kolejno w klasztorach w Bar-le-Duc i Wiedenbrück (w Westfalii). Po wyzwoleniu przez wojska amerykańskie udał się do Rzymu, skąd 20 lipca 1945 r. wrócił do Poznania. Pierwszymi decyzjami, jakie podjął po powrocie do kraju, była reorganizacja Kościoła na Ziemiach Północnych i Zachodnich, włączonych do Polski. 4 marca 1946 r. z jego inspiracji Papież Pius XII rozwiązał istniejącą od 1821 r. unię personalną metropolii poznańsko-gnieźnieńskiej i utworzył nową warszawsko-gnieźnieńską, stawiając kard. Hlonda na jej czele. Kardynał zmarł 22 października 1948 r. w Warszawie. Został pochowany w podziemiach archikatedry św. Jana w Warszawie. (biogram za " E-ncyklopedia - Encyklopedia wiedzy o Kościele katolickim na Górnym Śląsku" www.encyklo.pl) | |
| ksas / Katowice | |
| -- Katolicka Agencja Informacyjna ISSN 1426-1413; Data wydania: 05 lipca 2011 Wydawca: KAI; Red. naczelny: Marcin Przeciszewski | |
"Wszyscy mają prawo do mej miłości, do mej pracy i opieki i wszystkim chcę służyć, wszystkimi się zająć, aby wszystkich Chrystusowi pozyskać", ale "nie odmawiajcie Bogu żadnej ofiary".
Katowice: 130. rocznica urodzin kard. Augusta Hlonda
Listy pasterskie: O ŻYCIE KATOLICKIE NA ŚLĄSKU
Bracia drodzy! Mój ukochany ludu!
Starym zwyczajem kościelnym zwracam się do was z nadejściem Wielkiego Postu ze słowem arcypasterskiem. Od posypania głów popiołem rozpoczęliśmy po długich zapustach ten święty czas, którym Kościół od niepamiętnych czasów przygotowuje wiernych na uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego. Jest to czas skupienia religijnego, w którym katolicy, zaprzestawszy zabaw i tańców, myślą o swej duszy, pielęgnują pobożność, oddają się dobrym uczynkom. Jest to zarazem czas umartwienia i pokuty za grzechy i dlatego nazywa się Wielkim Postem. Kiedyś post kościelny był surowy, a poszczono ściśle i chętnie w chacie i w pałacu i było to umartwienie nie tylko aktem religjnym, ale miało także głębokie znaczenie praktyczne, odwracając od materialistycznego pojmowania życia i hartując wolę. Z biegiem czasu, choć nie ustały powody i potrzeby postu, Kościół uwzględniając zmieniające się stosunki życiowe, złagodził znacznie swe przepisy. Nie zniósł jednak postu zupełnie. Dziś jeszcze każdy katolik, o ile nie uzyskał dla słusznych powodów zwolnienia od postu, jest w sumieniu obowiązany przestrzegać go w myśl rozporządzenia, które w tym przedmiocie odczytane było z ambon.
Pragnę, aby głęboka myśl postna Kościoła znalazła u nas należyte zrozumienie, i jestem przekonany, że ona wtedy stanie się najskuteczniejszym sposobem na chorobliwe rozbawienie się, nad którym ubolewamy. Poskromi ona tę niepomiarkowana chęć zabaw, pląsów i swawoli, która od jakiegoś czasu wypacza naszego ducha, odbierając mu energię do wysiłku i ofiary. Powściągnie ona ten szał używania, który w obliczu największej nędzy trwoni krocie pieniędzy, a często przechodząc granicę przyzwoitości, staje się zgorszeniem i klęską dla obyczajów. Wezwanie Kościoła do postu, to nie wymuszanie jakiegoś płytkiego aktu zewnętrznego, ale nawoływanie do głębokiej poprawy życia.
Przypomnąwszy wam krótko te myśli wielkopostne, korzystam z uwagi, z jaką mnie słuchacie, aby się z wami obszerniej zastanowić nad właściwym przedmiotem niniejszego listu, nad stanem i potrzebami życia katolickiego na Śląsku.
Od czternastu miesięcy śledzę nasze życie religijne. Nie chodziło mi o pozory i próżne formy. Chodziło mi o treść religijności śląskiej, o jej głębokość, o siłę jej oddziaływania na myśl ludu i na jego życie. Spotykałem się ze zjawiskami miłymi i przykrymi, a dziś obejmując myślą ogół mych spostrzeżeń, dochodzę do wniosku, że życie religijne na Śląsku znajduje się w okresie przesilenia.
Jeszcze się wszędzie u nas spotkać można z dawną wiarą i religijnością, która Śląskowi nadaje szczególną cechę, a lud nasz karmiła zdrowym duchem. Wszędzie znajdujemy ślady dawnych obyczajów, które tu przechodziły od pokolenia do pokolenia, nienaganne, święte, nadając prostemu ludowi śląskiemu dziwną moc i szlachetność ducha, stwarzając w mężach jędrne postacie o rzadkiej zacności, w niewiastach typy wzorowych żon i matek, w młodzieży zaś przemiłe pokolenie żywe, pobożne, karne, cnotliwe.
A jednak jakżeż dzisiaj inaczej u nas, niż dawniej! Właśnie pod względem religijnym i moralnym o ileż tu dzisiaj gorzej niż w czasach, które jeszcze żywo pamiętamy! Jeżeli zestawimy to, na co patrzymy z tym co było, ze wspomnieniami z przeszłości śląskiej, jakżeż nam przykro, że cofnęliśmy się wstecz, ponosząc niemałe straty i szkody. Chciejmy się temu zjawisku bliżej przypatrzeć, aby je należycie zrozumieć i wyprowadzić z niego praktyczne wnioski.
Przede wszystkim nie dajmy w siebie wmówić, jakoby obecne niedomagania nasze w życiu religijnem były następstwem wzrostu kultury i jakoby z natury rzeczy wysoka kultura tłumiła życie wiary. O nie! Pamiętajmy, że nie kultura przyniosła nam wiarę, ale wiara przyniosła nam kulturę. Kultura prawdziwa oznacza postęp, a przede wszysłkiem postęp moralny, który dokonywać się może jedynie na zasadach wiary. Kultura bez wiary, to kształt bez duszy, to forma czcza i próżna. Dopiero wiara napełnia je treścią i prawdą. Kultura, która by się z wiarą kłócić chciała, byłaby blichtrem i fałszem. To, co dziś się na Śląsku rozpościera jako skutek obniżonej religijności, to naprawdę nie zdobycz kulturalna, lecz wsteczność i upadek. Nie bójmy się zatem, jakobyśmy wiarą wstrzymywali pochód kultury. Bądźmy przeciwnie przekonani, że właśnie religijnością torujemy drogę prawdziwemu postępowi.
Nie przypisujmy też tych objawów niereligijności i demoralizacji wzmagającemu się uprzemysłowieniu Śląska. Wprawdzie szybkie przeobrażenie kraju z rolnego na przemysłowy, odrywając ludzi od dotychczasowych form życia i rzucając ich w wir ruchu fabrycznego, naraża niejednego na to, że nim się w nowym otoczeniu zorientuje, ucierpi na duszy, stykając się ze złymi prądami, których nie zna i którym się wskutek tego z należytą energią nie opiera. To się wprawdzie często zdarza, ale koniecznie zdarzać się nie musi, a nawet zdarzać się nie powinno, jak religijność kwitnąć może w kraju rolniczym o prymitywnym czy postępowym sposobie uprawy ziemi, tak kwitnąć może i powinna w obwodach przemysłowych, choćby najruchliwszych. Wiara ma towarzyszyć człowiekowi na każdej drodze życia i w każdym środowisku, bo nie jest sielanką wiejską, ale wyrazem stosunku do Boga, który to stosunek nie zmienia się przez to, iż człowiek porzuca pług, a chwyta się kilofa. Chociaż tam, gdzie rosły dęby i brzozy, gdzie gospodarz siał i żniwował, zamarło życie wiejskie, przecież tam sterczą ku niebu wieże kościołów, a w tych kościołach modli się robotnik śląski, wywodzący się z dziada albo pradziada rolnika. A jeżeli się dziś ten robotnik nie modli, tak jak się na roli modlił kiedyś jego przodek gospodarz, to nie stało się to z konieczności przemysłowej, ale z innych powodów. Ładując w pociągi skarby naszej ziemi, robotnik śląski nie potrzebuje i nie powinien wydawać ni sprzedawać swej wiary. Jak z naszych drewnianych kościółków wiejskich wyrosły okazałe kamienne świątynie parafii przemysłowych, tak niech z niepohamowanym rozwojem przemysłu śląskiego rośnie i utrwala się śląska wiara i religijność. Z drewnianej niech się stanie kamienną, stalową.
Tym mniej obwiniać można ruch robotniczy, jakoby on obniżał poziom religijności i obyczajów, bo ruch ten, walczący o prawa społeczne robotnika w imię sprawiedliwości, właśnie we wierze i nauce Kościoła znajduje jasne określenie swych celów i prawidła swego postępowania. Kościół zabrania nienawiści społecznej, ale jest najwyższym rzecznikiem społecznej sprawiedliwości, której pozwala dochodzić wszelkiemi godziwymi środkami.
Robotnik, broniący praw swoich, nie miał tedy i nie ma powodu zrywać z wiarą i Kościołem. Do tego ruch robotniczy doprowadzać nie może, a jeżeli do tego doprowadza, to sam się potępia jako ruch niezdrowy i zgubny, bo walcząc jedną ręką o prawa robotnika, drugą zabija mu duszę. Jedną ręką podaje mu chleb, a drugą truciznę. Niby go uświadamia, a przecież go bałamuci.
Szereguje go w imię świętych haseł, a potem go zdradza i każe mu burzyć największe świętości. Ruch robotniczy na Śląsku być musi i ma wielkie zadania. Ale spełni je należycie tylko na zasadach Chrystusowych. Taki ruch nie narazi Śląska na wstrząsy.
Przeciwnie, będzie czynnikiem jego społecznej równowagi i jego moralną siłą.
Przyczyn naszego osłabienia we wierze i upadku obyczajów musimy zatem szukać gdzie indziej, a w pierwszym rzędzie w wypadkach dziejowych. Dusza Śląska przechodziła w ostatnim lat dziesiątku gwałtowne uciski i przesilenia, które ujemnie odbiły się na życiu kościelnym. Rozbicie polityczne było tak głębokie, że wdarło się naweł do Kościoła, wprowadzając weń rozdwojenie i zamieszanie. Umysły, porwane gwałtowne ideą walki, oziębły znacznie dla wiary, której nieraz nadużywano do celów politycznych. Pewien odłam duchowieństwa wplątany został w niewłaściwy sposób w bieg wypadków, tracąc swe wpływy pasterskie. Życie parafialne było na ogół przytłumione, tu i tam chyliło się do upadku i nie działało dość silnie na dusze. Brak ojcowskiej powagi, dobrej szkoły i należytej opieki ze strony władz sprowadziły niebywałe zaniedbanie młodzieży. A gdy tak w wielu duszach osłabły wpływy Kościoła, nic ich już nie zdołało utrzymać na wyżynach tradycyjnego uobyczajenia śląskiego. Nastąpiło rozluźnienie obyczajów. Rozwielmożniło się pijaństwo. Poczęła znikać miłość chrześcijańska i uczciwość, a natomiast szerzyły się kradzieże, krwawe rozboje i samolubstwo obrzydłe. W obyczajach zaś pewnego odłamu młodszego pokolenia rozpanoszyło się takie zdziczenie, jakiego na Śląsku nie pamiętano, a które, występując bezwstydnie i bezkarnie na ulicach, w pociągu i lokalach, obniżyło poziom moralności, nadając krajowi naszemu wygląd dziki i odrażający, a na lud cały sprowadzając niesławę.
Na szczęście te następstwa wojny i wypadków powojennych, te rzekłbym nasze rodzime braki, które wynikły z krwawej karty naszych wczorajszych dziejów, ustępują w miarę, jak się układają i ustalają nasze nowe stosunki kościelne. Umysły wracają do rozwagi. Porządek bierze górę nad nieładem i swawolą. Zło słabnie, a coraz silniej występują piękne strony duszy śląskiej. Ogół, ochłonąwszy z uniesień walki, pojmuje coraz lepiej, że Kościół nie może się identyfikować z żadną narodowością i z żadną partią, a nadużywanie religii z jakiejkolwiek strony do celów politycznych czy klasowych jest niedopuszczalne i trwałych korzyści przynieść nie może. Coraz rzadziej trafiają się starcia narodowościowe na tle religijnym, a i wtedy nie mają głębszego znaczenia, lecz zwykle kłaść je trzeba na karb prywatnych nieporozumień lub nieułożonych stosunków lokalnych. Jestem przekonany, że ustaną one zupełnie tak, jak ustaje mieszanie się niepowołanych czynników do rządów kościelnych. Gminy, zarządy kościelne i różnego rodzaju organizacje, uświadomiwszy sobie swój właściwy cel i granice swej działalności, przestały wtrącać się do zmian duchowieństwa, do porządku nabożeństw i innych praw biskupich. Ustają nawet owe deputacje, które stanowiły jedno z charakterystycznych zboczeń okresu poplebiscytowego. Chociaż je nieraz sprowadzały do Katowic słuszne żale i chociaż przez nie przemawiała zwykle szczera troska o dobro własnej gminy, przecież naleganiami swymi ograniczały swobodą rządów kościelnych, wychodząc na ogół z niedostatecznej znajomości osób i stosunków i z niezrozumienia ogólnych potrzeb Administracji Apostolskiej. Rośnie też zaufanie wiernych do kapłanów, a z zaufaniem przychodzi poszanowanie i chętna współpraca. Jestem zdania, że minął raz na zawsze smutny okres, w którym nasz lud z bólem serca patrzeć musiał na nieporozumienia między parafią a pasterzem i na swawolne zaczepianie kapłanów często z nieszlachetnych pobudek, życie parafialne odrasta i krzewi się. Stowarzyszenia i związki kościelne wstępują na drogę nowego rozwoju. Potęguje się ruch abstynencki. Rośnie zainteresowanie się własnym kościołem i troska o niego, jak tego dowodzi ofiarne odnawianie świątyń. We wszystkich dziedzinach życia kościelnego zauważyć można zwrot na lepsze i to wskazuje, że wstępujemy w nowe czasy odbudowy i postępu.
Przesilenie nie minęło zupełnie, ale słabnie. Dusza śląska odczuła wyraźnie potrzebę odrodzenia się w Chrystusie i znalazła w sobie samej wolę i siłę do czynu. Po grubych zmierzchach już piękny zapowiada się poranek wiary. Z przenikliwych chłodów
powstaje ciepła wiosna miłości chrześcijańskiej. Z manowców rozterki wchodzą dusze na prostą drogę zgody i jedności, aby wspólnie budować Królestwo Chrystusowe.
Należy teraz wytężyć siły do stanowczego czynu i zupełnie wyplenić chwasty, którymi porosła gleba serca śląskiego. Po gniewach i walkach wróćmy do pługa, do pługa wiary i nim głęboko przeorajmy ziemię śląską, odleżałą i stęchłą. Ziarnem bożem zasiejmy niwy nasze, aby po latach głodu duchowego zaszumiało na nich złote kłosiste morze łaski bożej ku pokrzepieniu dusz, spragnionych życia i siły. Nie pozwalajmy, aby wypadki dalej igrały dowolnie z duszę śląską. Sprowadźmy ją silną ręką na tory odrodzenia religijnego i sami bądźmy jej przyszłych kierunków sternikami. „Pokój Chrystusowy" niech zawładnie naszą krainą.
Niestety, już w samych początkach tego odrodzenia naszego napotykamy na niespodziewaną, a wielką przeszkodę. Bo ledwo zabraliśmy się do naprawy szkód, wyrządzonych przez huragan, jaki na nas sprowadziły wypadki lat ostatnich, a już bije w nas inna wroga fala, o wiele groźniejsza. Bo nie bije na nas, jako ślepe następstwo tego, co było, ale pędzą ją na nas świadome siły i każą jej uderzać w nasze życie religijne z wyraźnym celem, aby podmyć gmach naszych wierzeń i zabagnić dziedzinę obyczajów. Idzie ta fala skądś daleko, spoza Śląska. Jest obrachowana na spokojne działanie, a na tym pewniejszy skutek. Nie chce budzić oporu, a najchętniej uśpiłaby czujność samego Kościoła. Więc nie przybiera kształtu rozhukanych bałwanów, ale idzie ku nam z urokiem cichej laguny, raz świecąc połyskiem postępu umysłowego, innym razem przybierając koloryt wykwitu zachodniej kultury, to znowu lśniąc barwami ponętnych zdobyczy społecznych. Ale pod tą ułudą kryją się męty i błoto, zła wola i złe zamiary. Bo co zaczynamy odbudowywać, to ta fala nam burzy. Ledwie zabraliśmy się do gruntownego wyczyszczenia domu swego, a ona go znowu brudnymi szumowinami kala. Uzdrawiamy swój organizm, a ona go z nowa zatruwa. Silimy się na stanowczy czyn katolicki, a ona te wysiłki osłabia i niweczy. I nie będzie u nas tego odrodzenia, do którego się zrywamy, jeśli nie powstrzymamy i nie odeprzemy tego groźnego zalewu. Musimy się więc tym mątnym wodom bliżej przypatrzeć, aby je od żywych źródlanych strumieni Chrystusowych dokładnie rozeznać, a potem wspólnym wysiłkiem z kraju naszego wygarnąć.
Takimi mętami są te bałamutne pojęcia o wierze katolickiej, które nam tu wnoszą na Śląsk niejednokrotnie nawet tacy, co chcą być katolikami i za takich się uważają. W przeciwstawieniu do naszej prostej i jasnej wiary, ujętej w ściśle określone prawdy i wyrażającej się w stałych zasadach moralnych, pojawia się tu jakiś inny katolicyzm, mglisty i ciemny, który sobie z żadnej prawdy wiary i z żadnego obowiązku religijnego jasno sprawy nie zdaje. Jakiś katolicyzm płytki i powierzchowny, który przestał być głębokim przekonaniem, a stał się poglądem zmiennym, a tak słabym, że nie ma siły orientacyjnej i nie daje mocy do czynu religijnego. Jakiś katolicyzm nieuchwytny, odzywający się li tylko w sferach uczucia jakimś wspomnieniem z lat młodych, a zresztą skostniały i niepraktykujący. Jakiś katolicyzm zwyczajowy, niby produkt tradycji narodowych i rodzinnych, który zna jeszcze opłatek wigilijny i święcone wielkanocne i pasterkę na Boże Narodzenie, ale prawie nic poza tym. Jakiś katolicyzm okolicznościowy, z którym, niby z tradycyjnym uzupełnieniem pojęcia Polaka, wystąpić wypada w święta narodowe i na niektórych ustalonych obchodach. Jakiś katolicyzm modny, z którym nie można nie pokazać się na pogrzebie i na ślubie znajomych. Jakiś katolicyzm obliczony, który dla polityków jest drogą do pewnych faktów i celów, a którym partie posługiwać się mogą jako środkiem propagandy, zwłaszcza w okresie wyborczym. Jakiś katolicyzm pojmowany jako martwa kategoria statystyczna, w której mają prawo obywatelstwa wszyscy, co raz do niej wpisani, nie przepiszą się do kategorii innej, bez względu na to, czy jeszcze w co wierzą i jak żyją. Przyszedł do nas ten katolicyzm, który nie chodzi do kościoła, nie zapoznaje się ze swym proboszczem, nie zna nawet imienia panującego Papieża, a w praktycznym życiu tak często nie zna zasad Chrystusowych.
Takie pojęcia o katolicyzmie to męty religijne. A za nimi płyną męty gorsze, z dążnością, do zatarcia w religii katolickiej wszelkiego charakteru boskiego i nadprzyrodzonego. Wszak coraz to częściej spotykamy się tutaj z takimi, co ignorują fakt Objawienia i nie wiedzą o natchnieniu Pisma świętego. Jeżeli kiedyś o tym lub owem słowie lub o myśli jakiej z Ewangelii wspomną, to czynią to z takim gestem, z jakim by przytoczyli ustęp z Talmudu lub Koranu, gdyby go znali. O mało nie stawiają Chrystusa na równi z Buddą i Mahometem, a ileż razy robi go się ideowym poprzednikiem Marksa, pierwszym socjalistą, a nawet pierwowzorem komunisty. Nie wiedzą, że Chrystus boską powagą ujęł w swej religii stosunek do Boga w prawidła pewne i nieodmienne, wszystkich obowiązujące. Nie wiedzą, że odtąd zbawienie dokonywać się może tylko środkami przez Niego ustanowionymi. Nie wiedzą, że jak jest jeden Bóg i jeden Zbawiciel i jedna Ewangelia, tak jest tylko jeden Kościół Chrystusowy, jedna prawda, jedna jedyna droga.
A może i wiedzą jeszcze to wszystko, bo kiedyś wiedzieli na pewno, ale praktycznie otrząsnęli się z tego wierzenia i powiedzieli sobie, że tego nie chcą, że to niemożliwe, bo im to było niewygodne i twarde. U tych katolików w ogóle wszystko niemożliwe, co nie dogadza i krępuje i w dany program życia czy działania ująć się nie da. I tak z tej jasnej boskiej nauki Chrystusowej porobili sobie ulotne mgławice religijne, za którymi nie widzą ani Boga, ani bożego prawa. Pojmują religję na wzór nieobowiązującego systemu filozoficznego, na który się godzić można, ale z zastrzeżeniem swej swobody w działaniu. Pojmują religję jako zbiór niezłych myśli, ku dowolnej rozwadze ludzkości, byleby z nich nie wysnuwano wniosków „nudnych". W końcu sami sobie tworzą religię z kilku, nieraz bardzo nielicznych pojęć, tak wybranych i tak zestawionych, iżby czasem nie przeszkadzały w życiu. I tak umieją pogodzić religię ze wszystkim. Stwarza sobie taką religię człowiek nieuczciwy i umie ją pogodzić z oszustwem i krzywdą bliźniego. Stwarza sobie taką religię człowiek występny i umie ją pogodzić z rozpustą, niewiernością małżeńską i rozwodem. Stwarza sobie taką religię nawet człowiek niereligijny i umie ją pogodzić z tym, że Kościoła nie zna i o Bogu nie pamięta. A czyż niejeden socjalista nie umie pogodzić swego katolicyzmu z hasłami nienawiści klasowej i z programową walką z wiarą i z Kościołem katolickim?
Ile mętów religijnych! A przychodzą do tego męty sekciarskie. Męty o różnym zabarwieniu, ale wszystkie brudne i brudzące. Płyną niemal wszystkie z dalekiej Ameryki, gdzie z biegiem czasu ściekły z zielonych pagórków Chrystusowych jako odpływ tego, co Kościół z siebie wydziela, aby się czyścić i odświeżać. Mętami są te nauki kacerskie, które rozpowszechniają. Mętami są te pisma, które rozrzucają. Mętami to bałamutne tłumaczenie Biblii. Mętami te brednie o bliskim końcu świata. Mętami ta fałszywa „narodowość" sekty hodurowców. Mętami te egzaltacje i sprośności rozkładającego się mariawityzmu. Mętami i trucizną jest to, co je pomimo wzajemnej walki łączy, a mianowicie ta chorobliwa nienawiść do Kościoła katolickiego i ta bezwzględna z nim walka.
I jeszcze gęstsze i brudniejsze ku nam płyną męty. Tych już nie pędzi błąd lub słabość, nie nieznajomość religijna lub heretycki szał. Te ostatnie męty pcha naprzód szatańska nienawiść do Chrystusa i Boga. Mamy tu do czynienia z nieprzebłaganymi wrogami Kościoła i wiary, którzy tajną siecią ogarniają także Polskę i skrytą konspiracją szykują się do wielkiej i otwartej walki z Chrystusem. Ta fala wdziera się na Śląsk ze wschodu i z zachodu w kształcie komunizmu, który w piekle swych rządów sowieckich, opartych na zasadzie zła, nie może ścierpieć Boga, będącego początkiem i stróżem dobrego. A w innej formie wnoszą tu te same tendencje ateusze różnego zawodu i pokroju. Pod hasłem postępu i odrodzenia propagują oni berwyznaniowość głównie w kołach inteligencji. Robota ich pachnie masonerią. Wszak tu i tam odzywają się podobno tęsknoty za lożą.
Męty i męty!
Zabagnia ta fala niestety i dziedzinę obyczajów. Podkopując nie tylko moralność katolicką, ale i etykę naturalną, szerzy przerażające rozpasanie obyczajów w dorosłych i w młodzieży, a głosi taką pobłażliwość poglądów, że nawet w kołach poważnych i miarodajnych zatraca się rozeznanie dobrego i złego. Pojęcie pornografii poczyna się zaliczać praktycznie do religijnych przesad. Na stolikach katolickich domów leżą niemożliwe pisma ilustrowane. Na ścianach wiszą u nich bezwstydne płótna. W salonach prowadzi się śliskie rozmowy. W biblioteczkach rodzinnych spotkać można najgorsze romanse, a brak zasad u pań pozwala się szerzyć modzie, która jest niepolska, a wzorując się na tym, co jest najgorszego za granicą, jest nieskromna i grzeszna, bo gorsząca, a często wprost obliczona na zmysłowe efekty.
Tą atmosferą zakaża się rodzina, z której zdziera się wszystko, co szczytne i boże. Zbezczeszcza się sakrament, którym ją Bóg uświęcił. Rozrywa się jedność, którą Bóg ją związał. Fałszuje się cel, który Bóg jej wyznaczył. Ze świątyni rodzinnej robi się dom sromotny. Instytucja życia zamienia się na praktykę zbrodni i śmierci. Co z woli bożej natura przeznaczyła na źródło życia i siły narodu, to wyradza się w jego powolną zagładę i staje się jego grobem. Pojęcie wierności małżeńskiej ulega wypaczeniu. Mnożą się separacje, procesy rozwodowe, śluby tylko cywilne, trafia się nawet przechodzenie w celach małżeńskich na protestantyzm. I gorsze zachodzą rzeczy.
Męty i brudy!
Rozpasały się duchy także w życiu publicznym i jak gdyby w tej dziedzinie nie obowiązywały zasady chrześcijańskie, zaczęto wielokrotnie uprawiać politykę, niezależną od wszelkich praw moralnych. Toteż spotykamy tu więcej walki z przeciwnikami politycznymi, niż pracy dla ojczyzny. A jakiej walki! Mniej widzimy przykładów podporządkowania interesu partyjnego pod interes kraju; częściej patrzymy na górowanie interesów osobistych. Dla wielu ojczyzna jest po to, aby z niej korzystać. Przed słuszną i sprawiedliwą daniną, jakiej żąda, bronią się wszelkimi sposobami, a od ofiar na rzecz wspólnej macierzy stale i zręcznie się uchylają. W stosunkach społecznych panoszy się egoizm niebywały. Opieranie wszystkiego na liczbach, z wykluczeniem wyższych racji i względów, pogłębiło nieporozumienie między pracodawcami a klasą robotniczą. Przyszło do tego, że wobec braku głębszego nawiązania na zasadach sprawiedliwości chrześcijańskiej, walka stała się prawie jedyną formą wzajemnego oddziaływania.
Męty i napięcie!
Płyną te męty dolinami, kędy się toczy życie śląskie. Lud słyszy o nich w rozmowach, czyta o nich w pismach, ogląda je w przykładach, widzi je naokoło siebie, oddycha ich wyziewami. Płyną te męty przez chaty i domy robotnicze. Płyną przez huty i szyby. Płyną przez biura i salony. Płyną te męty... Gdzieżby nie płynęły! Kto ich nie zna? Komu nie były kamieniem obrazy? „A z owoców ich poznacie je". Waszemu zmysłowi katolickiemu, moi drodzy, nie trudno odgadnąć, czyjego są ducha. W smutnym obrazie, który wam krótko naszkicowałem, dostrzegliście wiele śladów ciemnego nieuctwa w rzeczach wiary i wiele, bardzo wiele grubych rysów obojętności religijnej i moralnej słabości. Ale zarazem uderzyły was w tym obrazie te namiętne zapędy na myśl katolicką i to otwarfe podkopywanie życia katolickiego. I właśnie te zapędy nadawają całości obrazu właściwą cechę i znamię rozgrywki. Nie ma wątpliwości co do tego, że zanosi się tu na wielką walkę, na walną rozprawę duchów, której wynik na dłuższy czas o tym stanowić będzie, czy Śląsk ma pozostać katolicki, czy nie. Ta walka już wszczęta. Toczy się na całym froncie życia, a najgwałtowniej sroży się w duszach. Celem wrogów jest zachwianie idei katolickiej po to, aby następnie zastąpić Chrystusa jakimś masońskim naturalizmem, a życie nasze cofnąć z linii Chrystusowej daleko wstecz, do pogaństwa o wyraźnym charakterze antychrześcijańskim.
Chwila poważna. Jeszcze nie zlikwidowaliśmy zupełnie własnego przesilenia religijnego, a już wchodzimy w inne przesilenie, daleko niebezpieczniejsze. Ledwie nasz organizm zmógł wewnętrzną chorobę duszy śląskiej, a już go dręczą gorączki nowych infekcji. Nie możemy się łudzić; zbliżamy się szybkimi krokami do punktu kulminacyjnego naszego religijnego kryzysu.
Ten dziejowy dla Kościota śląskiego moment musi nas zastać przygotowanych i złączonych do obrony krzyża. A ponieważ tu chodzi o całe chrześcijaństwo i o wiarę całego ludu, musi stanąć do wielkiego wspólnego czynu z klerem swoim cały śląski lud. Jak kiedyś nasi królowie w niebezpieczeństwie ojczyzny ogłaszali pospolite ruszenie i wtedy całe rycerstwo polskie siadało na koń i nastawiało piersi w obronie kraju, tak i ja dziś wzywam was wszystkich do świętej wyprawy w obronie wiary i Kościota. Zbierzemy sią nie z trwogą w sercu, ale silni miłością Chrystusową wystąpimy z taką mocą, że nie tylko odwrócimy klęską religijną od kraju naszego, ale go odrodzimy głęboko i zupełnie najczystszym duchem Chrystusa.
Przesilenie stanie się początkiem trwałego odrodzenia.
Po tym wszystkiem spytacie się mnie, na czym właściwie to odrodzenie katolickie polega i jak ono się w naszych warunkach dokonać może.
Obrazem odrodzenia jest wiosna, bo gdy ona w kraj zawita, budzi się cała przyroda z uśpienia do nowego życia. Gdy w słoneczny dzień majowy wchodzimy do sadu, przyodzianego świeżą szatę zieleni i kwiecia, gotowiśmy myśleć, że na liściach i kwiatach polega wiosenne odrodzenie przyrody. A jednak tak nie jest. To odrodzenie nie nastąpiło na kończynach gałązek, ale wewnątrz twardego pnia, głęboko pod korą. Tam najprzód pod działaniem kosmicznym przebudziło się życie i stamtąd rozeszło sią we wszystkich kierunkach. Poszło w korzenie i podbudzilo je do ssania świeżych soków z wilgotnej ziemi. Poszło w tkaninę i korę, torując drogę limfie, płynącej szybką falą w górą. Dotarło przez konary do gałązek i podnieciło je do wydania liści i kwiecia, które odrodzenia wiosennego są widomym skutkiem i objawem.
Podobnie ma się rzecz z odrodzeniem religijnym. Nie polega ono na tym, ze tu i tam zaprowadzimy jakaś poprawkę w trybie życia. Nie zależy ono na rozmnożeniu zewnętrznych aktów religijności ani nie stanowi o nim liczba poświęconych sztandarów. To odrodzenie dokonać się musi nie na powierzchni życia, ale głęboko wewnętrz duszy. Wiosną Chrystusową muszą ożyć najprzód serca, a wtedy z nich rozejdą sią odrodcze energie wiosenne na całokształt życia.
To religijne odrodzenie serc nie jest jednak zupełnie podobne do wiosny w przyrodzie. Sen, w którym roślinność zimą jest pogrążona, to sen naturalny i zdrowy. Na przebudzenie się z niego wszystko w roślinności jest przygotowane i niemal czekające. Tymczasem nasze odrodzenie to nie przebudzenie się z czerstwego snu, lecz uzdrowienie z choroby. Widzieliśmy, jak ta choroba ciężka i niebezpieczna. Nasze wewnętrzne siły stargane. Organizm tylu jadami zatruty. Więcej w nim skłonności do dalszego poddania się chorobie, niż do powstania. To wszystko i ta mdłość nasza i ten stan goręczkowy nie sprzyjają odrodzeniu. Toteż ono nie przyjdzie do nas jako nagły cud wiosenny, ale osiągnięte tylko być może naszą pracą i naszym umiejętnym wysiłkiem. Tego odrodzenia my sami z pomocą łaski bożej dokonać musimy.
A najprzód i czym prędzej należy wzmocnić słabnące w duszy śląskiej siłę żywotną. Tą siłą zaś nie jest nic innego, jak wiara i duch Chrystusowy. Właśnie ten duch Chrystusowy gaśnie. Z płomienia wielkiego zmalał do słabej iskry, która nie grzeje, a mało świeci. Tę iskrę trzeba na nowo rozżarzyć, a nie rozżarzy się ona niczym innym, jak tylko nowym ożywczym tchnieniem tego samego Chrystusowego ducha. Aby się odrodzić, musi dusza śląska tego świeżego ducha jak najwięcej w siebie wchłonąć, musi się nim nasycić, ukarmić i musi go w sobie przeżyć. Musi się wiarą tak głęboką przejąć, iżby się w niej stała owym podkładem myślowym, na którym niby na bezpiecznym fundamencie opierać się mogą zasady katolickie, przekonanie katolickie i ustalony katolicki światopogląd. Duch Chrystusowy musi w duszy zrodzić owo poczucie katolickie i ów czuły zmysł kościelny, które w dziedzinie pojęć religijnych, niemal instynktownie rozeznawają fałsz od prawdy. Duch wiary musi w duszy wychowywać owo światłe, a wyraźne sumienie katolickie, które, stojąc na straży prawa Bożego i katolickiej moralności, nie da się niczym ni zamącić, ni przytłumić. Dusza wiarą owiana musi w sobie odczuć tętno owego czucia z Kościołem, ze Stolicą świętą i z Papieżem, które jest wykwitem chrześcijaństwa i znamieniem prawdziwej katolickości. Dopiero z serc tak w Chrystusie odrodzonych buchną, niby ze skalnego źródła, wody żywe i czyste, które odświeża religijność, obmyją obyczaje i podniecą do bujnego życia wszystkie dzieła, wyrosłe na gruncie Kościoła. Z duszy odrodzonej wiarą tryśnie odrodzenie życia.
Trzeba odrodzić pobożność katolicką, aby nie była praktyką bezmyślną i płytką, bez związku z wiarą, a oderwaną od życia. Jako szczery i obowiązkowy wyraz głęboko odczutej zależności od Stwórcy, musi pobożność być chwałą i służbą bożą, pełną
prawdy i siły. Objawiać się powinna przez prywatne nabożeństwo, odprawiane w cichym kościółku własnego serca, ale i przez udział w nabożeństwie rodzinnym i przez uczestniczenie w publicznych nabożeństwach, zgodnie z przepisami Kościoła i jego liturgią. A nabożeństwo katolickie to zawsze i tylko modlitwa. Modlitwa zaś, choćby uroczysta, to nie parada, ale święta i pokorna rozmowa z Bogiem. Nikogo nie poniży, każdego podwyższy, każdego pokrzepi. A ponieważ największe skarby łaski i miłosierdzia bożego otwierają się duszy w Sakramentach świętych, nie masz od nich skuteczniejszego środka odrodzenia. Przyjęcie Sakramentu, to już coś więcej, niż rozmowa z Bogiem. To Jego święty uścisk przebaczenia i pokoju, to boże przytulenie duszy do ojcowskiego Serca i boży pocałunek, to boże Ciało jako pokarm i silą do dobrego. Toteż odrodzenie bez Sakramentów świętych jest niemożliwe, a uczęszczanie do Sakramentów jest odrodzenia religijnego znakiem i miarą. Codzienna Komunia święta, to ideał, do którego dążyć musimy.
Z religijnych głębin duszy płynie odrodzenie w dziedzinę życia prywatnego, gdzie się spotykamy z codziennym ludzkim czynem, drobnym i wielkim, jawnym i skrytym, z pracą, z wypoczynkiem i zabawą. To wszystko musi wiara według prawa bożego ułożyć i uzgodnić. Odrodzenie musi w całe życie wnieść konsekwencję moralną, sprowadzając wszystko do prawidła sumienia katolickiego. Katolik powinien być katolikiem w sercu, w kościele, na ulicy, w towarzystwie, przy pracy, wszędzie i zawsze. Odrodzenie musi gruntownie odbudować obyczaj, sumienność, uczciwość, wstrzemięźliwość, a przede wszystkiem miłość. Jedno ze swych najwznioślejszych zadań ma odrodzenie do spełnienia w rodzinie. W to grono ludzi, którzy tytułem krwi do siebie należą, ma wnieść pierwiastek nadprzyrodzony, aby się z mieszkania rodzinnego stała rodzinna świątynią, a z ogniska domowego domowy ołtarz, a z ojca rodziny kapłan, z matki anioł, z dziatwy zaś świeże, a silne pędy na drzewie Kościoła i narodu.
Odrodzenie odnowi tu wiarę i miłość, wzmocni jedność, ugruntuje święty obyczaj i wychowanie dzieci w bojaźni bożej. Rodzina katolicka musi odżyć jako zdrowa i pełna życia komórka religijna i społeczna.
Odrodzenie będzie towarzyszyło Ślązakowi także na drogach życia publicznego, w ruchu społecznym i w polityce. Bo i tam katolik nie przestaje być katolikiem i powinien swego sumienia katolickiego słuchać. Nie ma polityki niezależnej od prawa bożego, tak jak nie ma ani ruchu, ani stanowiska, które by spod zasad moralnych były wyjęte. Musi więc katolik i jako cztonek organizacji zawodowej, i jako maż partii politycznej, jako poseł i jako senator, jako dziennikarz i jako urzędnik, postępować w myśl zasad katolickich. Czy na zebraniach przemawia, czy na konferencjach radzi, czy za swą partią walczy, czy w Sejmie głosuje, czy w redakcji pisze lub rozporządzenia wydaje, musi się trzymać tych samych zasad moralności chrześcijańskiej, które go w życiu prywatnym obowiązują. I w tę dziedzinę należy wprowadzić konsekwencję moralną i stałość zasad. A że właśnie na tym polu jest u nas wiele do naprawienia, będzie tu odrodzenie musiało być przeprowadzone ze szczególną energią. Tej energii Śląskowi nie braknie, bo katolicki Śląsk nie chce znać polityki wbrew Ewangelii i bez Ewangelii. Byłaby to polityka bez Boga, a politykom i metodom bez Boga lud śląski nie zawierzy.
Taką wiosnę religijną spraszam od Boga na kraj i na lud nasz. Do tego odrodzenia duszy śląskiej wzywam was wszystkich, moi kochani bracia i siostry. A że dusza śląska to nic innego, jak zespół idealny wszystkich naszych dusz, więc i odrodzenie jej tylko o tyle się dokona, o ile się poszczególne dusze nasze odrodzą. Odrodzi się rodzina, jeżeli się odrodzą jej członkowie. Odrodzi się gmina, jeżeli się odrodzą jej mieszkańcy. Odrodzi się parafia, jeżeli się w niej odrodzą wierni. Odrodzi się huta i kopalnia, jeżeli się odrodzą zajęci w niej ludzie. Odrodzi się Śląsk, jeżeli się w Chrystusie odrodzą Ślązacy. Tak wszyscy do tego odrodzenia przyczynić się musimy. Każdy niech się odrodzi w swej duszy. Każdy niech sią odrodzi w swym praktycznym życiu prywatnym i pubilcznym. I co więcej, każdy niech się stanie tego odrodzenia apostołem.
To apostolstwo chciałbym wam gorąco polecić. Śląsk miał zawsze wybitnych katolików i ma ich dziś jeszcze w każdej parafji. Ale katolik śląski, który ma wyjść z tego odrodzenia, ma być nieco odmienny od dotychczasowego przeciętnego typu. Ma to być katolik nie tylko w sobie i dla siebie i w swym kółku rodzinnym, ale ma być katolikiem także dla społeczeństwa i dla całego kraju. Nie może i nie powinno odrodzonemu katolikowi być obojętne, w jakim duchu prowadzi się na przykład sprawy gminne. Nie może mu być obojętne, jak tam wygląda obyczajność publiczna. Nie może mu być obojętne, w jakim kierunku religijnym i moralnym idzie jego partia polityczna. Nie może mu być obojętne, jakie u nas prasa szerzy zasady i jakie ma cele. To wszystko powinno go obchodzić, na to wszystko on powinien swój wpływ wywierać, zawsze w kierunku wiary i odrodzenia. Przejąwszy się apostolstwem dla idei katolickiej, ma w duchu Chrystusowym oddziaływać na zasady i przekonania, na zwyczaje i obyczaje, na myśl społeczną i polityczną. W razie potrzeby musi się umieć oprzeć, protestować, bronić i domagać. Z katolika w izbie musi się Ślązak stać katolikiem w świecie. Spod ambony, gdzie sam jest słuchaczem słowa bożego, musi iść na rozdroża, kędy zbitą falą tłoczy się życie nowoczesne, i tam być braciom żywym, wymownym drogowskazem. Z ucznia powinien się stać apostołem.
Czytamy w Biblii, że gdy Nehemiasz po powrocie z Babilonii odbudowywał Jerozolimę, „to pobudziło się serce ludu ku robieniu" i praca żwawo szła naprzód. Wtedy sąsiednie, a nieprzyjazne Żydom ludy, zaczęły sobie najprzód z nich drwić, sądząc, iż rozpoczętej odbudowy nie dokończą. Ale gdy roboty raźnie postępowały, zaniepokoili się nieprzyjaciele świętego miasta i poczęli Żydom przeszkadzać, a w końcu „rozgniewali się nazbyt" i postanowili zbrojnym napadem dalszą odbudowę uniemożliwić. Tym się ani Nehemjasz, ani lud żydowski nie odstraszyli. Zorganizowano w mieście czujną straż, uzbrojono pracowników, ale pracy nie przerwano, co księgi Ezdraszowe w tych pięknych słowach wyrażają, że każdy z „budujących na murze i noszących brzemiona i nadkładających jedną ręką robił, a drugą miecz trzymał". Tą stanowczością Nehemiasz trzymał z dala nieprzyjaciół, a tymczasem prowadził energiczne roboty naprzód, aż odbudowane miasto otoczył silnymi murami obronnymi.
W podobnych warunkach i my przystępujemy do katolickiej odbudowy Śląska. Jestem przekonany, że i u nas „pobudzi się serce ludu ku robieniu". Ale przewiduję także, że i nasza odbudowa będzie miała swych wrogów, których złość i liczba rosnąć będzie w miarę, jak maleć będą ich znaczenie i wpływy. Powstaną jako przeciwnicy wszyscy, którym odrodzenie katolickie Śląska psuć będzie szyki i rachuby. Powstaną i będą nam urągali. Powstaną i będą nam przeszkadzali. Powstaną i złączą się do wspólnej na nas napaści. Ale to nas nie zmiesza i nie odstraszy. Podwoimy swoją gorliwość, przyspieszymy pracę, a jeżeli potrzeba będzie, uzbroimy się ku obronie. Jedną ręką będziemy odbudowywali, a drugą odpierali napaści wrogów i szkodników. Pomimo wszystkiego odbudowę Śląska na zasadach wiary przeprowadzimy i ukończymy i w ten sposób ugruntujemy nową i trwałą religijną przyszłość naszego ludu.
Każdy z was, moi drodzy, rozumie, że odrodzenie, tak szeroko zakreślone, to dzieło niezwykłe i ogromne. Będzie ono dziełem łaski bożej w sercach i dziełem naszej własnej pracy. Będzie dziełem duchowieństwa i dziełem wiernych. Dziełem Kościoła i społeczeństwa. Dziełem dawnych środków i nowych sposobów, w myśl Zbawiciela przyrównującego Królestwo Boże do człowieka gospodarza, „który wyjmuje ze skarbu swego nowe i stare rzeczy". Zatrzymamy i zastosujemy ,,rzeczy stare", stare wypróbowane metody pastoralne, ulepszając i ożywiając je nowym duchem. Wprowadzimy „rzeczy nowe" i nowe formy pracy. Będziemy budzili nowe siły, dotąd uśpione i niewyzyskane. Nowym systemem organizacyjnym zjednoczymy w ręku Kościoła całą potęgę wiary i całą energję katolickiej duszy i tą skupioną siłą uruchomimy akcję katolicka, która nie jest niczym innym, jak dziełem odrodzenia katolickiego, prowadzonego systematycznie i jednolicie, przez ludzi świeckich, w łączności i zależności od Kościoła i w jego duchu.
Pozwólcie, że w ostatniej części tego orędzia krótko nakreślą zasady i organizację tej „Akcji Katolickiej" i jej sposób działania.
Nie jest to nic nowego, że świeccy biorą udział w posłannictwie Kościoła i u boku księży spełniają pewne pomocnicze apostolstwo kapłańskie. Już od najdawniejszych czasów pomagali biskupom i kapłanom mężowie i niewiasty szerzyć zasady Chrystusa. Święty Paweł pisze o mężach, których nazywa „pomocnikami swymi w Królestwie Bożym", a w liście do Filipensów wspomina o pobożnych niewiastach, które w Ewangelii społem z nim pracowały. Wiadomo, że w pierwszych trzech wiekach pozyskiwali dla idei Chrystusowej więcej pogan świeccy niż kapłani, którzy na ogół musieli się ukrywać. Do najpiękniejszych obrazków ówczesnej akcji katolickiej należy młodzieniaszek Tarsycjusz, który nosił skrycie Komunię świętą uwięzionym chrześcijanom, za co poniósł śmierć męczeńską. W różnych zmieniających się formach przetrwało to apostolstwo laików aż do nowszych czasów, w których pomiędzy innymi nowym zajaśniało blaskiem u nas na Podlasiu, gdy unici, pozbawieni księży, nawzajem sobie byli kapłanami, utwierdzając się w wierze wobec krwawego naporu schizmy rosyjskiej. Były to jednak niemal zawsze formy luźne, przygodne. Dopiero w ostatnich dziesiątkach lat Akcja Katolicka poczęta przemieniać się w zwartą organizację, która obecnie z inicjatywy Ojca św. Piusa XI ustaliła się we Włoszech, jako olbrzymie, masowe zrzeszenie się katolików na podstawie statutu, zatwierdzonego przez samego Papieża.
I dla nas wybiła godzina Akcji Katolickiej. Wynika to z naszych stosunków i z potrzeby naszego odrodzenia się, jak na to powyżej wskazywałem. W takiej chwili musi nasz laikat ideę Akcji Katolickiej należycie zrozumieć i swym kapłanom pospieszyć z chętną i walną pomocy. Przede wszystkiem powinni wszyscy sobie jasno zdać sprawę z tego, że nie chodzi tu o jakiś interes stanowy księży, ani o jakaś drobnostkę, która tylko dla Kościoła ma pewne znaczenie. Tu chodzi o cały lud, o wszystkie nasze stosunki, o ducha śliskiego dzisiaj i w przyszłości. Każda taka ogólna sanacja tylko wtedy się udaje zupełnie, gdy ją ogół zrozumie i jako swoją sprawę weźmie w swoje ręce i jako swoje własne dzieło przeprowadzi.
Akcja Katolicka nie jest pojęta jako dzieło jakiejś elity, lecz jako odruchowy i zbiorowy ruch całego ludu wierzącego. Nie jest akcją polityczną, ani klasową, ani zawodową; nie łączy się z żadną partią, nie identyfikuje się z żadnym kierunkiem politycznym i politykę ze swego programu zupełnie wyklucza. Natomiast budząc sumienie katolickie, urabiając katolickie zasady, przygotowuje ludzi o wyraźnym katolickim przekonaniu, ludzi katolickiego jutra w kraju.
Ponieważ Akcja Katolicka jest istotnie częścią ewangelizacyjnej pracy Kościoła, musi się ona z konieczności do programu jego działalności dostosować i od hierarchii kościelnej zależeć. Nie masz zatem Akcji Katolickiej bez łączności z Kościołem i nie masz Akcji Katolickiej bez zależności od niego. Nie może być Akcji Katolickiej na podstawie statutów. Kościołowi nieprzedłożonych i przez niego nieuznanych, i nie może być Akcji Katolickiej, na którą Kościół nie ma wpływu przez organy przez siebie do tego wydelegowane. Nikt nie może występować z firmą katolicką bez aprobaty i wiedzy Biskupa, tak jak nikt nie może występować z inicjatywą katolicką bez jego zezwolenia. Ta łączność z Kościołem jest dla akcji katolickiej źródłem błogosławieństwa i płodności, a karna zawisłość od Kościoła ustrzeże akcję katolicką od rozpraszania sił i od schodzenia na tory, po których myśl katolicka posuwać się nie może.
Już z tego wynika, że Akcja Katolicka, tak określona, musi być ujęta w jakąś wielką, ale ścisłą i dokładną organizację, zostającą w organicznym kontakcie z hierarchią kościelną. Musi to być organizacja, która wchłaniając wszystkie świeckie siły katolickie, sumuje i koordynuje je w swym łonie, oczyszcza i potęguje je żywym duchem Kościoła, a następnie działa przez nie celowo i systematycznie na zewnątrz tam, gdzie tego zachodzi potrzeba. Taką organizację stworzymy na Śląsku pod nazwą Ligi Katolickiej, przez co urzeczywistnimy także najważniejszą rezolucję, którą wspólnie uchwaliliśmy na II Śląskim Zjeździe Katolickim.
W czterech wielkich oddziałach wstąpicie, moi ukochani, do Ligi Katolickiej: jako mężowie katoliccy, jako niewiasty katolickie, jako katolicka młodzież męska i żeńska. Dla każdej grupy będzie w ramach Ligi Katolickiej szczególne samodzielne stowarzyszenie i związek, a wszystkie grupy razem będą według ustawy Ligi Katolickiej pracować nad religijnym odrodzeniem Śląska. Stowarzyszeń ściśle kościelnych i bractw Liga nie naruszy, przeciwnie, spodziewa się, że będąc w rozkwicie, dostarczą jej najlepszych sił. Różni zaś się Liga od tych ściśle kościelnych zrzeszeń tym, że nie ogranicza swego zadania do swych własnych członków, ale przez nich oddziaływać chce na świat i społeczeństwo.
Liga Katolicka nikogo pod względem politycznym krępować nie będzie. Ona wprawdzie, jako organizacja wykonawcza Akcji Katolickiej, nie zajmuje się polityką, ale jej członkowie praw obywatelskich nie tracą i dlatego jako jednostki na równi z innymi obywatelami w życie polityczne wchodzić mogę, oczywiście zgodnie ze swem katolickiem sumieniem i przekonaniem.
Pierwszem i najwłaściwszem polem pracy Ligi Katolickiej jest parafia. Na terenie parafialnym ma Liga Katolicka wypełnić ową próżnię, która tu i tam oddziela owieczki od pasterza. Ma lud cały zbliżyć do proboszcza i pod jego przewodnictwem uchwycić wszystkie siły katolickie parafii i użyć ich do zgodnego i skuteczniejszego oddziaływania w kierunku szczególnych potrzeb gminy. Odbudowując jedność i organizację życia parafialnego, Liga Katolicka ożywia początkową komórkę życia kościelnego, w której duch Chrystusowy styka się z sercem człowieka, wnosząc w nie boskie pierwiastki prawdziwego odrodzenia.
Dalsze pola działania wskaże grupom parafialnym Zarząd Diecezjalny, który, badając potrzeby duchowe śląskie, będzie inicjował owe ruchy, akcje, manifestacje i zjazdy, jakich rozwój stosunków wymagać będzie. Będzie tej pracy niemało.
Liga Katolicka przysporzy niewątpliwie trudów kapłanom i obciąży ich znacznie. Ale należycie przeprowadzona i poprowadzona będzie ich podporą i pociechą. Jestem przekonany, że każdy z mych drogich współbraci zrozumie moją myśl i moje życzenie, co do tej pracy, i przygotowawszy należycie lud swój, po Wielkiejnocy powoła uroczyście do życia Ligę Katolicką, o ile tego jeszcze nie uczynił. I nie tylko Ligę założy, ale ją rozwinie, ożywi i do działania uzdolni. Dokona on przez to pamiętnego dzieła i kiedyś nad jego grobem jak o Oniaszu powiedzą: „Wzmocnił świątynię, za dni jego trysnęły studnie wody... i pozyskał sobie sławę na ustach ludu".
Ale i ty, mój drogi ludu, będziesz musiał ponieść niejedną ofiarę, aby temu dziełu odrodzenia Śląska, przez Akcję Katolicką się oddać. Wymagać to będzie od ciebie ofiary z czasu, ofiary z wypoczynku, ofiary z przyzwyczajenia. Wierz mi, ludu ukochany, że tej ofiary bym nie żądał, gdybym nie wiedział, że ona się stanie twoim szczęściem i twoją radością. Wiem, że tę ofiarą chętnie poniesiesz. Wiem, że zapalą się do niej młodzi i starzy. Wiem, że po parafiach jeden oddział współzawodniczyć będzie z innymi, aby przodować nie tylko liczbą swych członków, ale duchem, przedsiębiorczością i pracą. I powstaną bohaterowie Akcji Katolickiej i spełni się także u nas słowo Ojca św. Piusa XI: „Jak męczeństwo za wiarę polega na przelewie krwi, tak męczeństwo za Akcję Katolicką polega na poświęceniu i ofierze".
Rozpoczynamy tak w imię boże to wielkie dzieło katolickiego odrodzenia Śląska. Akcja Katolicka, to ta nasza święta wyprawa, a Liga Katolicka, to to wojsko nasze ludowe, które z krzyżem i Matką Boską Częstochowską na tę wyprawę rusza. Wybierzmy się na nią z modlitwą w sercu, a z pieśnią pobożną na ustach, bo to dzieło boże. Wybierzmy się z sercem czystym, bo to dzieło święte. Wybierzmy się z zapałem, bo to dzieło chwalebne. Wybierzmy się z miłością, bo to wyprawa o wyswobodzenie ludu naszego z niewoli i pęt ducha. Wybierzemy się i pójdziemy naprzód bez trwogi, aż najazd wrogów krzyża odeprzemy i oczyścimy kraj swój zupełnie.
Mija męka, mija słabość, mija „godzina ciemności", zbliża się Wielkanoc, a z nią klęska grzechu i śmierć śmierci. Nadchodzi śląska Wielkanoc, a z nią nowe życie i odrodzenie. A tą Paschą i Wielkanocą naszą to Chrystus. Podnieśmy się ze snu i wpatrzmy się w te ranne zorze Wielkanocy Chrystusowej na Śląsku. Zerwijmy się z letargu opieszałości, bo „jest godzina, abyśmy już ze snu powstali, albowiem teraz bliższe jest nasze zbawienie, niż kiedyśmy uwierzyli. Noc przeminęła, a dzień się przybliżył. Odrzućmyż tedy uczynki ciemności, a obleczmyż się w zbroję światłości. Jako we dnie uczciwie chodźmy, nie w biesiadach i pijaństwach, nie w łożach i niewstydliwościach, nie w zwadzie i w zazdrości, ale się obleczcie w Pana Jezusa Chrystusa". Wstańmy, podążmy wszyscy do Kościoła i tam z kapłanem zanućmy głośno: Lumen Christi! Deo gratias! Chwalmy Boga, że „ciemności przeminęły a prawdziwa światłość już świeci". Ta światłość wielkanocna i to wielkanocne Alleluja niech ogarną ślaskę duszę, nie jako mijająca fala szczęścia, lecz jako boża moc odrodzenia i życia.
„Pożądaniem pożądałem pożywać tę Paschę z wami". Wielkim pragnieniem pragnąłem dla Śląska tej biesiady i dziś ją wam zostawiam, wzywając do niej wszystkich. Wszyscy do niej zasiądźcie i ukarmijcie się Barankiem Bożym i Jego duchem, a w mocy Jego chodźcie przez wszystkie dni żywota swojego.
Kościół, uniesiony wielkością dzieła Odkupienia, dokonanego przez Zbawiciela, woła w liturgji wielkanocnej: „O szczęśliwa ta wina, która zasłużyła mieć takiego Odkupiciela!" Życzę naszemu ludowi, aby ta świtająca Wielkanoc śląska takie nam sprowadziła błogosławieństwa, iżbyśmy również kiedyś zawołać mogli: Szczęśliwe to przesilenie, które do takiego doprowadziło odrodzenia śląskiej duszy!
Alleluja! Ludu śląski, do czynu, a „odrodzi się, jako orłowa, młodzież twoja".
Katowice, dnia 1 marca 1924 r.
Listy pasterskie: O OJCU ŚWIĘTYM
Mili Bracia w Chrystusie! Mój drogi ludu!
Jak wam wiadomo, wybrałem się w listopadzie roku ubiegłego w podróż do Rzymu, aby Stolicy świętej zdać sprawę ze stosunków kościelnych na naszym Śląsku i w duchu pątniczym zwiedzić groby świętych Apostołów. Dnia 1 grudnia stanąłem przed obliczem Ojca świętego. Nie będę opisywał głębokich wrażeń tej chwili. Ktokolwiek zbliża się do Papieża z wiarą i widzi w Jego osobie głowę Kościoła i Namiestnika Chrystusowego na ziemi, ten nie może się oprzeć blaskowi godności i powagi, który bije z dostojnej ojcowskiej jego postaci. Każdy przed Papieżem czuje się małym i nikłym, drobną cząstką owczarni Chrystusowej. Ale równocześnie każdy ma tę świadomość, że staje przed Papieżem jako ukochane dziecko przed najlepszym ojcem.
Przyjął mnie Ojciec święty z ujmującą dobrocią i łaskawością. Troskliwie wypytywał się o nasze stosunki kościelne, polityczne i społeczne. Z ojcowskich uwag i nauk, ze słów pociechy i uznania, z jaśniejących oczu i uśmiechniętej dobrotliwie twarzy biła głęboka i czuła miłość dla śląskiej ziemi. Po żywej wierze spodziewa się rozkwitu przyszłej diecezji śląskiej i jej dodatniego oddziaływania na inne dzielnice Polski. Zapewnił mnie, że o nas pamięta w swych wielkich planach i zamiarach, w swoich cichych modlitwach i ojcowskich westchnieniach. Błogosławi ludowi śląskiemu w tej myśli, by żywa wiara przyświecała mu na drogach nowego bytu. Z czułym podziękowaniem przyjął ofiarę świętopietrza, wiedząc, że to wdowi grosz, ofiarowany szczerze i z miłością przez lud biedny i pracujący, i nie poprzestał na ustnej podzięce, ale przez swego Sekretarza Stanu, ks. Kardynała Gasparriego, podziękował dodatkowo osobnym, zaszczytnym dla nas listem, który czytaliście w dziennikach.
Chociaż bywałem w Rzymie inne razy, nigdy nie uderzyła mnie w tym stopniu wielkość Papiestwa, jak za ostatniego pobytu. Zwróciło moją uwagę wprost widoczne wzmaganie się wpływów i znaczenia Stolicy świętej, tak w wewnętrznym zarządzie kościelnym, jak i na zewnątrz, w stosunku do państw i rządów. Niewątpliwie imponować muszą każdemu wytężone prace Stolicy świętej około wewnętrznej i zewnętrznej rozbudowy Kościoła, a imponować muszą głównie tym, że opierają się na planach i inicjatywie samego Ojca świętego, który zakreślił je na światową skalę i obliczył nie tyle na obecną chwilę powszechnego przesilenia, ile raczej na daleką metę dziejową. Niemniej jednak podpada, że największe mocarstwa, a nawet państwa, w których katolicy stanowią słabą mniejszość, ubiegają się o względy Ojca świętego. Po doświadczeniach ostatnich lat dziesięciu, przyszli światli mężowie stanu do przekonania, że przyjazny stosunek z tą najwyższą moralną powagą w świecie nie tylko w niczym nie ubliża mocarstwowemu stanowisku, choćby największych potęg, lecz przeciwnie, zapewnia im wybitne korzyści i podnosi ich prestiż międzynarodowy. Właśnie najtęższe głowy polityczne odnoszą się do Ojca świętego z wielkimi względami i ustępliwością. Zdają sobie sprawę z tego, że cokolwiek według życzeń Papieża uczynią dla Kościoła katolickiego w swych krajach, to wyjdzie nie tyle na korzyść Stolicy świętej, ile na pożytek państw samych. Widzimy, że narody mądrze rządzone zajmują w stosunku do Papieża odmienne stanowisko, niż do innych rządów, i starannie unikają konfliktów z tą najwyższą i ostatnią potęgą moralną. Słusznie wychodzą one z założenia, że Papież nigdy nie stanie w opozycji do żadnego państwa, aby mu szkodzić, a jeżeli podnosi sprzeciwy, to odnoszą się one do błędnych kroków i fałszywych zamierzeń państwowo-kościelnych, które w skutkach swoich więcej gotowe wyrządzić szkody samemu państwu, niż Kościołowi.
Toteż nigdy nie byo tylu przedstawicieli dyplomatycznych przy Stolicy świętej, jak obecnie. Poprzednio nigdy nie widziałem tam tak ścisłego skupienia się całego świata około Papieża. Nigdy za mej pamięci Rzym nie przedstawiał tak barwnego i zupełnego zespołu wszystkich ras, uczących się na uniwersytetach papieskich. W życiu i ruchu kościelnym nigdy nie odczułem tak dobitnie ogromu moralnej potęgi, którą Papież skupia w swym ręku, a które włada tak szczęśliwie i biegle, jak gdyby na Stolicy Piotrowej zasiadał od dziesiątków lat.
Postanowiłem tedy podzielić się z wami tymi wrażeniami i uzupełnić je kilku słowami o znaczeniu Papieża, nie w odniesieniu do polityki i dyplomacji, ale o ile jest głową Kościoła i jego najwyższym pasterzem.
Musimy sobie przede wszysłkiem uświadomić, że Papiestwo nie powstało drogą jakiegoś faktu ludzkiego, nie jest rezultatem ewolucji życia kościelnego, a tym mniej tłumaczy się narzuceniem się biskupów rzymskich reszcie hierarchii. Twórcą Papiestwa jest sam Chrystus, jak tego niezbicie dowodzi Ewangelia.
Jak gmina potrzebuje wójta, miasto burmistrza, a naczelnika państwo, tak potrzebowała głowy i przewodnika ta wielka, bo cały świat obejmująca społeczność, którą Chrystus stwarzał w postaci Kościoła. O tym nie mógł Chrystus zapomnieć i nie mógł nie wyposażyć tej głowy w taką władzę, jakiej wymagały cel i charakter Kościoła. I oto pewnego dnia, tam na brzegach morza Tyberjadzktego, Chrystus Pan w toku nadzwyczaj poważnej i czułej rozmowy z Piotrem po dwakroć mu powiada: ,,Paś owce moje". Mówił o owczarni swego Kościoła, o której poprzednio był powiedział, że będzie jedna pod jednym pasterzem. Poddał tak Chrystus Piotrowi cały swój Kościół, nie robiąc wyjątku ani dla Apostołów, chociaż i oni otrzymali byli wysoką godność i władzę w tejże owczarni. W owej chwili Piotr stał się widomą głową Kościoła i Namiestnikiem Chrystusa na ziemi, nie mając obok siebie równego, a nad sobą nikogo prócz Boga.
A władza jego? Władzy tej nie mógł Chrystus szerzej zakreślić, jak słowami: „Tobie dam klucze królestwa niebieskiego. A cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebiesiech, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech". Tę zwierzchniczą władzę wykonywał św. Piotr wiernie całe życie, a po jego śmierci przeszła ona na jego następców na biskupiej stolicy rzymskiej, na której zakończy swój żywot.
Tak powstało Papiestwo. Taki miała boski początek ta jedyna w swym rodzaju dynastia, panująca nad sumieniami. W pełnym poczuciu swej najwyższej władzy sprawowali Papieże po wszystkie czasy rządy nad Kościołem, a gdy tego zachodziła potrzeba, umieli nieugięcie bronić swego prymatu, nie jako wywalczonej zdobyczy, lecz jako świętej i nietykalnej spuścizny i woli Boskiego Mistrza.
Wynika stąd, że nie masz Kościoła Chrystusowego bez Papieża. Taki kościół nie byłby zgodny z boską myślą Chrystusa i z istotną organizacją, jaką On nadał swej owczarni. Nie mogą być Chrystusowymi nawet te kościoły, które mają swych biskupów, ale nie uznają Papieża, bo ten sam Chrystus, który ustanowił godność i władzę biskupią, poddał się pod autorytet Piotra i jego następców. Toteż od najpierwszych początków chrześcijaństwa łączność z Papieżem była znakiem i dowodem przynależności do prawdziwej wiary i owczarni Chrystusowej. Już św. Cyprian w trzeciem stuleciu wołał: „Jakże może kto sądzić, że jest w prawdziwym Kościele, jeżeli opuszcza Stolicę Piotrową, na której Kościół jest ufundowany?".
Dzieje dziewiętnastu wieków wykazują, że Papiestwo jest dla Kościoła czymś więcej, niż czystą reprezentacją naczelnej władzy. Poznamy to jasno, jeżeli zestawimy życie Kościoła z bytem tych owczarni, które wyzwoliły się spod zależności od Papieża. Przypatrzmy się najprzód schizmie. Miała ona i ma swych patriarchów, a jednak jej historia, to dzieje nieustających rozterek i walk w łonie episkopatu. Mimo wszelkich wysiłków władza patriarchów i ich wpływy malały i maleją w dalszym ciągu. Żadne zabiegi nie powstrzymały jej rzeczywistego upadku. I nie mogło być inaczej, gdyż z chwilą odrzucenia prymatu papieskiego schodzimy na stopień hierarchii, na którym wszyscy biskupi są sobie zasadniczo równi, i na którym nie ma dostatecznego powodu, aby uzależniać jednego biskupa od drugiego. W następstwie tego zaczęło się rozpadanie schizmy na niezależne od siebie kościoły. Tak zwana autokefalia kościołów greckich w gruncie rzeczy znaczy tyle, co ich udzielność i niezależność od wspólnej głowy. A jak się kościoły grecki i prawosławny już rozpadły na różne odłamy, tak te odłamy w dalszym ciągu kruszyć się mogą i kruszyć się będą na drobniejsze kościółki niezależne.
Gorzej jeszcze dzieje się w łonie tych sekt, herezji i tak zwanych kościołów narodowych, które, odpadając od Papieża, nie uratowały nawet hierarchii kościelnej. Tam ten proces wewnętrznego rozstroju i rozkładu jest szybszy i radykalniejszy. I jest to zupełnie zrozumiałe, jako konieczne następstwo zerwania z ośrodkiem jedności i władzy. To, co powstaje buntem, kończy zwykle anarchią.
Widzimy dalej, że każdy odłam Kościoła, odpadający od łączności z Papieżem, zsuwa się tym samym na poziom ludzkich tworów i poczyna dzielić losy tego, co stoi myślą ludzką i ludzkim wysiłkiem. Nawet schizma, pomimo, że wyniosła z Kościoła hierarchię i Sakramenta święte, z dala od Papiestwa stanęła i stoi, nie stawia żadnego kroku naprzód, niby skostniała i porażona. Uruchomia aparat religijny, który miała w chwili rozbicia jedności kościelnej, ale te urządzenia zamierają. Nie odnawia się, nie odtwarza i jest jakby bezpłodna.
Herezje zaś i sekty, które z hałasem i krzykiem zrywają jedność kościelną, podnosząc hasła reformy, chciałyby iść naprzód niepohamowanie i szybko, lecz już po pierwszych nerwowych krokach, podyktowanych nienawiścią i fanatyzmem, odczuwają niemoc swoją i zwalniają biegu, znacząc drogę swego smutnego pochodu stopniowym marazmem, a w końcu samymi negacjami. Rozpraszają naukę Chrystusową, tracą Jego prawdy, porzucają jeden artykuł wiary po drugim i niejednokrotnie dochodzą do wyparcia się nawet bóstwa Chrystusa.
W tej niemocy szukają ratunku i oparcia w czynnikach ludzkich. Albo zaprzedawają się rządom i w roli kościołów państwowych stają się ślepym a powolnem narzędziem polityki. Albo rzucają się w objęcia nacjonalizmu i jako kościoły narodowe spełniają funkcję religijnej reklamy dumy szczepowej, gotowe uświęcić każdy ruch narodowy, choćby przesadny, chorobliwy i niesprawiedliwy. Albo imają się złota i dolarami skupują sprzedajne dusze, aby nimi przynajmniej częściowo zapełniać rosnące luki w swych szeregach.
Jakże wobec tego obrazu całkiem w innym świetle przedstawia się Kościół, rządzony przez Papieży. Przypomnijmy sobie, jak to Chrystus na drodze do Cezarei rzekł do Szymona: „Tyś jest opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie zwyciężą go". Nie chce Chrystus, aby Szymon pozostał takim zwykłym Apostołem jak Jakub, Jan, Andrzej... albo zwykłym członkiem Kościoła jak rzesze uczniów albo tłum wiernych. Więc przekreślając mu imię rodowe, nazywał go kamieniem (Piotrem), bo czyni z niego epokowy fundament swego Kościoła i trwanie tego Kościoła łączy z tym fundamentem na zawsze, „a bramy piekielnie nie zwyciężą go". Odtąd każdy Papież, mniejsza o to, czy poprzednio był rybakiem, czy literatem, czy uczonym, czy się nazywał Barione, czy Hildebrandem, czy Rattim, z chwilą, gdy obejmuje pasterzowanie owczarni Chrystusowej, jest tą opoką wiecznotrwałą, z którą Kościół łączy się tak, jak gmach ze swym fundamentem, jak ciało z głową.
Oparty o ten fundament Papiestwa, Kościół katolicki po dziewiętnastu wiekach istnienia stoi dziś przed nami jako niewzruszona i największa potęga moralna w świecie. Wewnętrznie ściśle spojony doskonałą organizacją, opartą na znakomitem prawie kościelnem, karny nadprzyrodzonym poszanowaniem władzy, skupia się około swej najwyższej głowy z uległością najzupełniejszą, bo oparte na motywach wiary. To stanowi jego nieprzezwyciężoną siłę, jego jedność. Toteż Kościół przeszedł prześladowania i walki, uciski i kataklizmy wieków, a nie runął. O Opokę Piotrowę rozbijały się gniewy, oszczerstwa, herezje, rządy i dynaste, ale jej nie skruszyły. Słońcem bożym oblany, stoi dziś na tej opoce ten sam Kościół, świecąc narodom jako znak zbawienia tak jasno, jak przed dziewiętnastu wiekami w dzień Zielonych Świątek. O te skałę Piotrową odbijać się będę w dalszym ciągu przewroty, wstrząśnienia, wezbrane fale ludzkiej złości, ale jej nie zmogą, bo ona stoi wszechmocnym słowem bożem. Nie powstała myślą ni rękę człowieka, i dlatego myśl ludzka jej nie wywróci, a ręka ludzka jej nie obali.
Z nauki Chrystusa nic Kościół nie uronił, bo nad jej czystością czuwa następca Piotra, do którego Chrystus rzekł: „Jam prosił za tobą, aby nie ustała wiara twoja, a ty... utwierdzaj braci twoich". Zmieniające się kierunki myśli ludzkiej nie wypaczyły powierzonych Kościołowi prawd, gdyż Papież „utwierdza braci", utwierdza wiernych, utwierdza kapłanów, utwierdza biskupów, a utwierdza w wierze nieskażonej, bo poręczonej wszechmocną i niezawodną modlitwą Chrystusa.
Kościół Papieży jest do dziś świeży, żywotny, płodny. Żyje pełnem życiem, ciągle działa, ciągle tworzy. Metodę pracy przystosowuje do przekształcających się warunków, a od tronu papieskiego, stosownie do czasu i potrzeb, rozlewają się szerokimi korytami poprzez wszelkie kraje niezliczone dobrodziejstwa, nie tylko religijne, ale i kulturalne i materalne. Korzystają z nich sumienia i umysły, wiedza i sztuka, biedni i głodni, bez różnicy kraju i przynależności narodowej, bez względu na spory i walki między ludami. Papież niezawisły od władzy państwowej, nie identyfikuje się z żadnym narodem. Jest ojcem wszystkich ludów tak, jak Chrystus, którego przedstawia, jest wszystkich Bogiem; tak jak Kościół, któremu przewodniczy, jest Kościotem katolickim, czyli powszechnym. Kto by chciał Papieża ograniczyć do interesów jednego narodu, ten by stworzył karykaturą Papiestwa tak, jak są karykaturą Kościoła Chrystusowego wszelkie kościoły narodowe.
A jeżeli poprzez wieki Papiestwo jaśniało blaskami, którym nic nie dorówna w dziejach państw i dynastii, to i dziś z wysokości Piotrowej opoki pada na zamroczony świat tak wielka światłość, jak rzadko dotąd. Pada i na naszą polską ziemię, wskazując drogi boże i dobre kierunki. Pada i na naszą śląską krainę, przyświecając pracy robotnika w dusznej hucie, świecąc górnikowi w ciemnych czeluściach, oświetlając kroki gospodarza na śląskich łanach, wszystkim zwiastując „pokój Chrystusowy", bez którego ludzkość znękana nie wróci do równowagi i szczęścia.
Biedny, kto tej światłości nie dostrzeże! Biedni ci wszyscy, którzy Papieża nie znają i nie mają. Biedni ci heretycy starzy i nowi, którzy mu jego władzy i powagi zazdroszczą, ale jej uznać nie chcą. Biedni ci prawosławni, od dawna skrycie stęsknieni za jednością Kościoła, za miłościwymi rządami i sercem ojcowskiem ustanowionego przez Chrystusa Pasterza, A my, my szczęśliwe dzieci Ojca świętego, otoczmy tron jego sercami i modlitwą. Skupmy się około niego w duchu wiary i miłości, ślubując mu dozgonne wierność i posłuszeństwo.
Nadchodzi rocznica wyboru i koronacji Ojca św. Piusa XI. Z tej okazji cały Kościół daje wyraz uczuciom synowskiego przywiązania do Papieża. W świątyniach odbywają się nabożeństwa na podziękowanie Panu Bogu za ustanowienie Papiestwa i dla wyproszenia łask bożych panującemu Ojcu świętemu. Odbywają się akademie i odczyty. Prasa katolicka poświęca Papieżowi bogate artykuły, a do Watykanu i Nuncjatur wpływają zewsząd adresy, gratulacje, życzenia. Nasz Śląsk nie powinien i nie może pozostać w tyle za innymi w tej pięknej demonstracji katolickiej. Owszem, mając względem dostojnej osoby Jego Świątobliwości Papieża Piusa XI szczególne powody do wdzięczności i miłości, powinien się okazałością i szczerością tych manifestacji wysunąć na czoło i stale przodować.
W tym celu zarządzam szczególny obchód papieski, który się odtąd corocznie w wszystkich parafiach Administracji Apostolskiej odbywać będzie w niedzielę po rocznicy wyboru Ojca świętego. W roku bieżącym przypada to święto na dzień 10 lutego i obchodzić się będzie według następującego porządku:
Główne nabożeństwo polskie i niemieckie będzie uroczyste i okazałe, z kazaniem o znaczeniu Papiestwa. Po sumie odśpiewa się przed Przenajświętszym Sakramentem „Te Deum" i udzieli się błogosławieństwa sakramentalnego. Na to nabożeństwo zaproszą wielebni Książa Proboszczowie władze miejscowe i szkoły. Organizacje katolickie i związki kościelne wezmą urzędowy udział ze sztandarami i oznakami. — Po nieszporach urządzi się w stosownym lokalu uroczyste zebranie ludowe z udziałem Stowarzyszeń katolickich, a z wykluczeniem wszelkich trunków. Nastrój tego zebrania ma być poważny i podniosły, do czego przyczynią się odpowiednie dekoracje sali, śpiewy i występy muzyczne. Po zagajeniu zebrania przez Ks. Proboszcza wygłosi wybrany przez niego mówca przemówienie okolicznościowe, po którym może nastąpić krótsze domówienie, wyrażające Ojcu świętemu hołd imieniem organizacji katolickich. Urozmaicić można to zebranie deklamacjami.
Jest moim gorącem życzeniem, aby obchód papieski już w roku bieżącym obchodzono u nas z całą gorliwością śląskiej duszy. Niech w modlitwach dziękczynnych i błagalnych za Ojca świętego rozpłomienia się serca katolickie i niech jasno i głośno wypowiedzą miłość, uległość i najzupełniejsze oddanie się Ojcu świętemu, który nas zna, kocha i błogosławi. Niech ten obchód papieski będzie zarazem jednomyślnym protestem przeciw jakimkolwiek zakusom sekciarskim, które by podstępnie lud nasz chciały odwieść od przywiązania do Stolicy świętej. A wreszcie niech to święto będzie corocznym odnowieniem żądania, aby nasza Polska była Polską katolicką i na wzór wielkich praojców naszych szczerze oddana Kościołowi i Stolicy świętej. Obok miękkiej chorągwi biało-amarantowej, chciałbym częściej przy uroczystościach kościelnych widywać wesołą biało-żółtą flagę papieska, bo wierzę, że oczy, wpatrzone w te piękne kolory, nie znajdą upodobania w krwawej barwie nienawiści i przewrotu. Gdy dusza polska ukocha herbową tarczę z tiarą i złotymi kluczami, nabierze wstrętu do jakobińskich haseł i godeł. Jest w tym szczególna myśl boża, że obecny Ojciec święty własną osobą swoją zbliża nas do Papieslwa, że Polskę kojarzy ze Stolicą świętą. Ale czyżby aż tego zrządzenia Opatrzności było potrzeba, by wskrzeszona ojczyzna utrzymała się na wysokości swej chlubnej tradycji: Polonia semper fidelis?
Modlę się do Boga, aby się nasze stosunki tak poprawiły, iżbym w roku jubileuszowym 1925 mógł poprowadzić liczną pielgrzymkę śląską do Rzymu i tam oświadczyć Ojcu świętemu, że Śląsk jest i będzie z Papieżem, bo chce być z Chrystusem. Silesia semper fidelissima!
Katowice, dnia 18 stycznia 1924 r.
W: Kard. A. Hlond, Listy pasterskie, Poznań 1936.
Listy Pasterskie: PIERWSZY LIST PASTERSKI
Najmilsi w Chrystusie!
Po raz pierwszy odzywam się do was, aby wam oznajmić, że z dniem dzisiejszym z woli Ojca świętego obejmuję na Śląsku Polskim zarząd kościelny, który jako Administrator Apostolski sprawować będę w myśl udzielonych mi przez Stolicę świętą instrukcyj i pełnomocnictw. Pragnę, aby w tym dniu cały Śląsk Polski, uświadomiwszy sobie doniosłe i historyczne znaczenie tego faktu, zbliżył się do Boga i zabrzmiał potężnym hymnem wdzięczności. Niech się radośnie rozkołyszą dźwięczne dzwony waszych kościołów, niech wszędzie z pełnych piersi zagrzmi uroczyste Te Deum i niech się dzień ten, w którym się dla Kościoła na Śląsku nowa rozpoczyna era, we wszystkich sercach wyryje wspomnieniem niezatartym. Zwróćmy się w tej chwili z wdzięcznością, z synowskiem przywiązaniem i z czcią głęboką także do naszego Ojca świętego, Piusa XI. On to bowiem, rozumiejąc wasze potrzeby religijne i uwzględniając łaskawie wasze gorące życzenia, złożył szczególniejszy dowód swej ojcowskiej dla Śląska dobroci i swej apostolskiej troski o dusze ludu naszego, stwarzając na ziemi naszej odrębny zarząd kościelny.
Jestem wam może nieznany, ale nie jestem wam obcy. — Na równi z wami jako dziecko śląskiej ziemi, przybywam do was jako ziomek i brat wasz, ze starośląskim zaufaniem swego do swoich. Pragnę się z wami jak najprędzej zapoznać i dlatego odwiedzać was będę w waszych parafiach, po miastach i wioskach. Chcę was powitać przy pracy, czy to w przemyśle, czy na roli. Chcę się z wami pomodlić w waszych pięknych kościołach, udzielić wam Ducha Św. przez sakrament bierzmowania, pobłogosławić waszą dziatwę w szkołach, odwiedzić waszych chorych po szpitalach i zżyć się z wami zupełnie.
Przychodzę do was z jasnym i ustalonym programem. — Pracowałem dotąd w Zgromadzeniu Salezjańskiem pod hasłem: „Daj mi dusze, resztę zabierz", i z tymże hasłem, z wyraźnego polecenia Ojca świętego, przybywam do dusz waszych, które odtąd są powierzone mej pieczy i za które odtąd przed Bogiem odpowiadam. A więc zadaniem moim będzie prowadzić was drogą wiary i cnoty do Boga, do nieba, utwierdzając, krzepiąc, oświecając, podnosząc, ratując. Wszyscy mają prawo do mej miłości, do mej pracy i opieki i wszystkim chcę służyć, wszystkimi się zająć, aby wszystkich Chrystusowi pozyskać.
Przystępuję do tej pracy ze świadomością swego trudnego zadania, ale i z głęboką wiarą w pieczołowitość tej Opatrzności, która mi przez Zastępcę Chrystusa na ziemi powierzyła losy Kościoła śląskiego. Nie polegam więc na swych słabych siłach, ale pokładam swą ufność w Bogu i w pomocy Matki Najświętszej, której opiece się wraz z całym Kościołem na Śląsku w szczególniejszy sposób oddaję.
Po niebie najwięcej pomocy spodziewam się od kleru śląskiego, który zawsze z cnót kapłańskich słynął. Mam też do was, moi zacni księża, zupełne zautanie i wiem, że jak przetrwaliście mężnie burze ostatnich lat, tak będziecie w dziejowej chwili przebudowy Śląska dla ludu pasterzami o przykładnej gorliwości, a dla swego Arcypasterza chętną pomocą w ustrojowej pracy diecezjalnej.
Wielkiej, bardzo ważnej pomocy spodziewam się po tobie, zacny ludu śląski. Liczę na tę żywą i praktyczną wiarę, która była i jest twoją chlubą. Liczę na twoje po przodkach odziedziczone przywiązanie do Kościoła i na to żywe zainteresowanie się jego sprawami, którymi się z tradycji odznaczasz. Liczę na twoje głębokie zrozumienie nowych zadań Kościoła na naszej ziemi i na chętne, ofiarne poparcie dzieł, które tu w najbliższych latach stanąć mają na trwały dobytek Śląska i na pamiątką dzisiejszego przełomu w jego dziejach.
Witajcie mi zatem, wielebni Księża i mili diecezjanie, jako pierwociny Kościoła śląskiego i pozwólcie mi, żebym zaraz przy pierwszem naszym spotkaniu wezwał was do wspólnej ze mną pracy nad duszami waszymi i nad budowaniem nowej organizacji kościelnej. Niech dzień dzisiejszy na zawsze pamiętny będzie nie tylko tym, że Śląsk się kościelnie wyodrębnia, ale głównie tym, że od tej chwili swoje siły zespalać będzie, aby swój ustrój i swą przyszłość oprzeć na wiekotrwałej podwalinie mocnej i żywej wiary.
Przybywam do was w chwili, w której kończy się adwentowe wyczekiwanie Zbawiciela, w przeddzień miłych Świat Bożego Narodzenia. Otóż gdy się za dni kilka około żłóbka gromadzić będziecie, aby Dziecinie Bożej starym obyczajem zanucić nasze przepiękne kolędy, polećcie jej w cichej modlitwie także Kościół śląski, jego potrzeby, jego przyszłość, jego Arcypasterza. I w tej rzewnej chwili niech błogosławieństwo boże spłynie obficie na wasze rodziny, na wasze sprawy, na śląską ziemię, wnosząc w serca szczęście, w społeczeństwie spokój i wzajemne zaufanie, wszystkich jednocząc w miłości Chrystusowej według anielskiego pienia: „Chwała Bogu na wysokości, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli".
Zadatkiem tych łask niebieskich niech będzie błogosławieństwo apostolskie, którego z wynurzeniem serca wam i całemu Śląskowi z polecenia Ojca świętego udzielam: Niech was błogosławi Wszechmogący Bóg Ojciec, Syn i Duch Święty.
Katowice, dnia 17 grudnia 1922 r.
W: Kard. A. Hlond, Listy pasterskie, Poznań 1936.
Subskrybuj:
Posty (Atom)