"Wszyscy mają prawo do mej miłości, do mej pracy i opieki i wszystkim chcę służyć, wszystkimi się zająć, aby wszystkich Chrystusowi pozyskać", ale "nie odmawiajcie Bogu żadnej ofiary".

Maria Treścińska z d. Hlond - Moje wspomnienie o ks. A. Hlondzie

Z ks. kardynałem A. Hlondem spotykałam się jaki z biskupem katowickim kilkakrotnie w Katowicach, a także odwiedziłam go w Poznaniu. Byłam także kilka razy w Warszawie. Przy powitaniu był zawsze serdeczny, cieszył się z naszego przyjazdu. Całowaliśmy go w rękę dla podkreślenia jego godności, chociaż był równocześnie naszym bratem. Niewiele miał jednak dla nas czasu. Był stale zajęty. Nie robił przyjęcia, posilaliśmy się tym, co przygotowały siostry. Kardynał, czy wcześniej biskup, wypytywał o sprawy rodzinne, szczerze się nimi interesował. Muszę podkreślić, że był ogromnie oszczędny, to stale uderzało. Przed ingresem kupiliśmy mu – cała rodzina się złożyła – nowe buty oraz futro, ponieważ nie miał odpowiedniego obuwia ani też futra. Uważaliśmy, że nie wypada, by w takich butach chodził jako biskup. Oszczędność przejawiała się także w posiłkach, które były skromne. Pamiętam także zdarzenie, które rzuca światło na rodzenie się jego powołania do kapłaństwa. Pracując, chyba jako dwunastoletni chłopiec, przy przygotowaniu sieczki dla krowy urżnął się w palec, bez którego nie można być księdzem. Lekarz chciał go całkiem odciąć, bez zszywania. August jednak zaprotestował. Powiedział wtedy: “Muszę mieć palec, bo chcę być księdzem”. Kapłanem chciał być od maleńkości. W wyratowaniu go przez matkę od utonięcia – matka wyciągnęła go ze stawu grabiami – widzieliśmy jakiś “palec Boży”. Pragnę także podkreślić jego szacunek dla rodziców, a szczególnie dla matki. Przesyłał życzenia na urodziny, na święta, gdy był w szkołach czy też także jako biskup. Rodzinie nie pomagał. Uważał, że sami damy sobie radę. Muszę to podkreślić, bo ludzie czasami inaczej sądzili. Gdy ja osobiście byłam w ciężkiej sytuacji, chciał mi pomóc, odmówiłam, nie chciałam. Może to się wydawać dziwne, ale my jeszcze przesyłaliśmy pewne datki na Zgromadzenie Salezjanów. Mam już sporo lat, wielu rzeczy nie pamiętam. Wiem jednak, że był ogromnie pilny, dużo czytał, chował książki pod poduszkę. Był dobry, miał jakby można powiedzieć, wrodzoną dobroć. Nigdy nie chorował. Będę się teraz modlić do niego, dlaczego nie, on stale był “inny”, ale w zetknięciu serdeczny, prosty. 

 Archiwum Ośrodka Postulatorskiego Kard. Augusta Hlonda w Poznaniu

Maria Suchocka - Moje spotkania

1) Pierwszy raz spotkałam się z kard. Hlondem w lipcu 1933 r. w Pałacu Prymsowskim w Poznaniu, kiedy przez swego kapelana, ks. prał. Filipiaka poprosił mnie o przybycie na rozmowę, w ciągu której prosił mnie o przyjęcie stanowiska krajowej prezeski KZMŻ w Polsce. Gdy po naradzie z rodziną zgodziłam się objąć powierzone mi stanowisko, widywałam Ks. Kardynała dość często z racji zebrań, zjazdów, narad, rautów, kursów itp. Kontakty te trwały sześć lat, do lipca 1939 r.

2) Kontakty moje z ks. kard. Hlondem dotyczyły zagadnień A.K. w Polsce i w świecie. Wachlarz tematów był bardzo szeroki.

Osobowość ks. kardynała Hlonda

1a) jako Polaka. Powiedział mi kiedyś: “Najpiękniejszym przeżyciem wyjazdu za granicę jest powrót do Polski”.

b) jako kapłana-biskupa: Powiedział mi z okazji dyskusji o kapłanach naszej archidiecezji: “Wydaje mi się, że nie jestem zbyt trudnym przełożonym, że staram się rozumieć moich kapłanów. Tylko w jednym wypadku musiałem postąpić bezwzględnie”.

c) jako zakonnika: Może 25-lecie kapłaństwa. Obchodziliśmy chyba 10-lecie sakry biskupiej Ks. Kardynała, składano życzenia w sali audiencjonalnej Pałacu Prymasowskiego. Senior ks. bp Laubitz użył zwrotu: “…Gratulujemy Ci wielkiego wyniesienia Twego w Kościele, do którego dopomogły Ci niechybnie wielkie Twe zdolności, no i przysłowiowy łut szczęścia”. Ks. Kardynał w odpowiedzi i podziękowaniu powiedział: (…) “Biedny Prymas! Z pewnością byłoby mu lepiej w jego celi zakonnej jak na tym stanowisku, które z woli Ojca św. zajmuje”.

2. Na pierwszy rzut oka w zetknięciu z kard. Hlondem uderzało wiele cech: a) dostojność i majestat świadomego swego odpowiedzialnego powołania i stanowiska w Kościele człowieka, b) wysoka kultura bycia, kultura duchowa i umysłowa, c) bardzo nieprzeciętna inteligencja, d) pewna szczera pokora, bez chęci imponowania, robienia wrażenia, za to z pragnieniem nawiązania duchowego kontaktu z rozmówcą.

3. Styl jego kontaktu z otoczeniem:
a) szacunek dla rozmówcy – pytał o zdanie, b) dobroć i wyrozumiałość w chwilach trudnych, c) gotowość pomocy, a nie chęć rządzenia.

4. Styl jego pracy: zaplanowanie, systematyczność, pilność.

5. Zainteresowania: bardzo szerokie A.K. – Polacy za granicą Chrystusowcy – muzyka – sprawy państwowo – kościelne.
Ilustracją życia wewnętrznego może być, że np. na pierwszym zebraniu kadry kierowniczej czterech central A.K., które podpadały pod jego jurysdykcję, powiedział m.in.: “O jedno was specjalnie proszę: unikajcie sporów prestiżowych i pracujcie wyłącznie dla Pana Jezusa. A.K. będzie miała swoich męczenników”.

Stosunek do świata zewnętrznego

1. Do Stolicy Apostolskiej

Kiedy przed objęciem stanowiska KZMŻ próbowałem nie przyjąć go i wskazywałam na różne trudności, Ks. Kardynał powiedział: “Trudno, A.K. musimy zmontować, bo tak sobie Ojciec św. życzy”.

2. Do Episkopatu

Byłam świadkiem, jak na jakimś zjeździe czy raczej Tygodniu Społecznym, Ks. Biskup z Częstochowy dość ostro napadł na Ks. Biskupa z Katowic o pojęcie “elity” katolickiej i jak zaraz po nim z wielkim humorem zabrał głos Ks. Kardynał mówiąc: “Nie widzę żadnej sprzeczności pomiędzy zdaniem J.E. ks. bpa Ad. i J.E. ks.bp. …” i w kilku zdaniach zupełnie uzgodnił te dwa poglądy, tak że nie było nad czym dyskutować.

Fakty dobroczynności

Wiadomo mi od śp. ks. bp. Kaczmarka, że kard. Hlond przysyłał do Rzymu przez okazję pieniądze dla swoich wysiedlonych księży.

Poczucie humoru i anegdota w życiu kard. Hlonda

1. Ks. kard. Hlond znał chyba wrażenie dostojeństwa, jakie na ludziach robił, bo często starał się je humorem trochę niwelować. Kiedy objechawszy pół polskich diecezji i nazbierawszy materiałów, przyszłam do Ks. Kardynała, by omówić wydanie przez nasze związki młodzieżowe ankiety o trudnościach współpracy księży i świeckich, Ks. Kardynał na zakończenie tej rozmowy powiedział: “Jeszcze jedno: zanim panią powieszą, niech pani na początku ankiety umieści, że rozsyła ją na moje życzenie”.

Był jakiś raut u Ks. Kardynała, na którym Ks. Kardynał zrobił nam ten wielki zaszczyt, że powiedział do pani Potworowskiej i do mnie: “Mam do Was, moje Panie, wielką prośbę, tę, abyście zechciały w moim domu być gospodyniami i bawić mi gości, dobrze?” – Po jakimś czasie przyprowadził do grona kobiet ks. prof. Świrskiego – chyba późniejszego biskupa – który w tym okresie napisał jakąś bardzo antyfeministyczną pracę wg św. Tomasza i powiedział: “Moje Panie, przyprowadzam Wam tu winowajcę i proszę, natrzyjcie mu porządnie uszy za jego pracę”. – Natarcie uszu odbyło się oczywiście pół żartem.

Archiwum Ośrodka Postulatorskiego Kard. Augusta Hlonda w Poznaniu

Dr Zofia Skowrońska - Wspomnienie

Dobrze pamiętam, że nie chciano wpuścić ks. kard. Hlonda na ul. Miodową, po jego powrocie do kraju. Zamieszkał więc początkowo w Seminarium Duchownym na III piętrze. Tam złożyła mu pierwszą wizytę. Zapytała wówczas o przyczynę jego wyjazdu z Polski na początku wojny. Nie ręczy za ścisłość, ale wydaje jej się, że ks. kard. Hlond mówił o otrzymanym od nuncjusza poleceniu. Wie na pewno, że wspominał też o wywiezieniu przez siebie cennych dokumentów, które nie mogły dostać się w ręce Niemców. Kiedy ks. kard. Hlond dojechał do południowo-wschodniej granicy, nie miał już odwrotu. Podczas rozmowy wyraźnie powiedział jej, że ma świadomość rzucanych na niego oskarżeń o ucieczkę. Zapewniał jednak, że według jego sumienia, to nie była ucieczka.

W czasie tego spotkania otrzymała od Ks. Kardynała polecenie, a raczej usłyszała prośbę, by spisała męczeńskie dzieje archidiecezji warszawskiej. Do dzisiaj pamięta ogromną delikatność. Kardynał, który zapytał ją, czy może o to prosić. Ona odrzekła, że ma prawo rozkazywać. Na to ks. kard. Hlond powiedział: “Twórcy nie można kazać, jego można tylko prosić”. Dosłownie zapamiętała to zdanie.

Według życzenia zajęła się zbieraniem materiałów do męczeńskich dziejów archidiecezji warszawskiej. Przez to nawiązała się bardzo ścisła współpraca. Ks. Kardynał chciał mieć to opracowanie (jak mówił), by pokazać światu hitlerowskie zbrodnie. Zamierzał zabrać je do Rzymu, gdzie się wybierał. Dał p. Skowrońskiej do dyspozycji pomoc Kurii w zbieraniu materiałów. Opiekę nad tym miał z jego polecenia obecny biskup Majewski z Warszawy. Jednakże Kardynał interesował się stale postępami pracy, nawet omawiał przygotowanie szaty graficznej. Projekty wykonał grafik, p. Bartłomiejczyk (dziekan w Akademii Sztuk Plastycznych). Ks. kard. Hlond zwrócił uwagę, by szata ta nie była zbyt piękna, skoro Warszawa leży w gruzach. Niestety, w przeddzień wyjazdu Kardynała do Rzymu gotowy był tylko maszynopis. On oznajmił, że maszynopisu nie może wręczyć Ojcu Świętemu. Gdy pierwszy arkusz druku otrzymano do korekty i p. Skowrońska chciała przedstawić go Ks. Kardynałowi, on nie żył już od godziny. Przybyła bowiem z tym arkuszem do Domu Prymasowskiego właśnie bezpośrednio po śmierci. *) Miała możliwość zobaczyć Kardynała co dopiero umarłego. Uderzyło ją piękno jego twarzy. Pojechała więc do Kurii i prosiła, by koniecznie zrobić fotografię lub maskę pośmiertną tej twarzy.

Po śmierci ks. kard. Hlonda posłała wspomnianą pracę do Rzymu. Na pierwszej stronie dała fotografię Kardynała, bo on był także tym, który w czasie wojny cierpiał za Polskę. Praca została przekazana przez bpa Choromańskiego. Podziękowanie przesłano na ręce biskupa Majewskiego. Ona pamiętała, że podpisał je ówczesny substytut w Sekretariacie Stanu, Montini. Kiedy więc na II zjeździe archiwistów w Mediolanie spotkała Montiniego jako arcybiskupa mediolańskiego, zapytała o kopię tego pisma. Wyjaśnił, że na pewno jest w Sekretariacie Stanu i polecił jej tam się zgłosić. Rzeczywiście otrzymała tę kopię i aktualnie jest w jej posiadaniu.

Dlaczego kard. Hlond bardzo pragnął, by taka praca została przygotowana? Bo już w czasie wojny Sekretariat Stanu prosił kard. Sapiehę o wykaz księży polskich w więzieniach i obozach. Po wojnie takie opracowania przygotował ks. Liedtke dla diecezji chełmińskiej. Przygotowano też dla diecezji włocławskiej i zdaje się, że dla krakowskiej. Kard. Hlond pragnął więc, żeby to samo zrobiono dla archidiecezji warszawskiej. Przy okazji powiedział: Polska ma taką kartę z ostatniej wojny, że świat musi o tym wiedzieć.

W czasie jej kontaktów z Kardynałem zawsze uderzała jego prostota i dobroć. Charakteryzuje to następujący szczegół. Kard. Hlond miał wizytować dekanat, w którym p. Skowrońska posiadała rodzinny mająteczek. W czasie rozmowy na temat układu pracy powierzonej jej do napisania, Kardynał zapytał, jak daleko jest od szkoły do jej posiadłości. Gdy dowiedział się, że 2 km, wyraził chęć złożenia tam wizyty. Nie zraził się opowieścią, że tam są gruzy. Odrzekł: “Mam większe gruzy w Warszawie”. Wnuczka p. Skowrońskiej nie była ochrzczona. Eminencja wyraził chęć, że ją ochrzci. Po dwóch dniach przybyła do niego powtórnie, oznajmiając, że warunki polityczne nie pozwalają jej na przyjęcie tej wizyty. Kardynał rozumiał ludzi, więc po prostu powiedział: trudno, nie przyjedziemy.

W czasie choroby Kardynała zaczęła szukać wody z Lourdes, bo pamiętała, jak uratowała ona jej synka w czasie beznadziejnej choroby. Udało się jej zdobyć tę wodę od ss. wizytek. Bp Choromański podawał ją Kardynałowi łyżeczką. On mówił: “Jeżeli Matka Najświętsza chce, żebym był zdrowy, dawajcie mi tę wodę”. Kiedy miał świadomość, że umrze, odmówił jej przyjmowania.

Kardynał pragnął przyjąć wiatyk przyniesiony mu na sposób rzymski. Mówił: “Niechaj Warszawa wie, jak rzymski kardynał umiera”. Przed śmiercią donośnym głosem odmawiał Credo, dobrze słyszane także przez tych, którzy stali na korytarzu.

P. Skowrońska mieszkała wówczas u ss. loretanek, gdzie na polecenie Kardynała została umieszczona przez bpa Majewskiego. Tam przywiozła wiadomość o śmierci Matka Generalna. P. Skowrońska zaraz pojechała i właśnie spamiętała ten piękny wyraz twarzy w godzinę po śmierci.

Na pogrzeb szła ulicami pieszo. Im bliżej katedry, tym tłumy były większe. Aleje Ujazdowskie zalane wprost ludźmi, po obu stronach. Słyszała jak mówiono: Interrex umarł.
Wiele wrzawy w Warszawie sprawiła kwestia mianowania biskupów dla Ziem Zachodnich. Pod wrażeniem plotek wprost zapytała: Dlaczego nie stara się załatwić tej sprawy (można było mówić mu wszystko otwarcie, nie obrażał się). Odpowiedział najpierw: I Pani przeciwko mnie? Potem wyjaśnił trudności. Szczegółów nie pamięta.

Może zaświadczyć, że także pojono go goryczą. W Warszawie przebywał dwa lata, lecz był to ogromny krzyż. Nie potrafi opowiedzieć, jak wiele uczynił dla Polski. Słyszała, jak sami biskupi oświadczali, że on zorganizował życie kościelne w Polsce powojennej.

Kiedy mówiono o kasacie klasztorów i beneficjów proboszczowskich, spokojnie oznajmiał: nie boję się o ubóstwo dla swoich kapłanów, plewy odpadną, złoto zostanie.

Wielkie wrażenie sprawiło sprowadzenie kard. Griffina do Polski na uroczystości Bożego Ciała (do Łowicza). Przewidywano komplikacje ze strony władz. On mówił: Niech oni się boją, ja się nie boję. Dlatego po śmierci, najlepsze świadectwo dał mu ten właśnie angielski Kardynał.

Kiedy p. Skowrońska była w trudnych warunkach, polecił, żeby zamieszkała na plebani przy katedrze warszawskiej (dawna pracownia abpa Szlagowskiego), by całkowicie mogła oddać się pracy naukowej. Kardynał gruzów się nie bał. Polecił pochować się w gruzach katedry warszawskiej, żeby wcześniej ją odbudowano.

Po śmierci Kardynała była załamana. Wtedy otrzymała znak od niego. Wracając z pogrzebu znalazła zawiadomienie ZUS-u, że przyznano jej wczasy jako emerytowanemu urzędnikowi Ministerstwa Kultury. A bardzo ich potrzebowała.

W Rzymie stale odczuwa jego opiekę i obecność – “pracuję pod jego kierunkiem”. Ma uznanie za swoją pracę, od trzech kolejno papieży, wielu kardynałów, ostatnio od kard. Tisserant. Ona wie, że to od niego.

Pierwszą swoją podróż odbyła do Rzymu (1930), by zebrać materiały archiwalne. Ministerstwo przyznało jej wystarczający fundusz. Potrzebowała poparcia czynników kościelnych, by łatwo dostać się do Archiwum Warszawskiego. Ówczesny jej ojciec duchowny, dzisiejszy Prymas Polski, powiedział: Kard. Hlond da takie poparcie. Zgłosiła się. To był pierwszy bezpośredni kontakt. Przyjął ją z wielką prostotą i od razu oczarował swoją osobowością. Pytał o warunki pracy i życia. Kiedy mówiła, że ma synka, pragnął zobaczyć jego fotografię. Otrzymała z Rzymu piękny list i błogosławieństwo, które dał jej na samodzielną pracę naukową (dotąd jej dorobkiem były dwa tomy tłumaczeń). W Rzymie przebywała rok, to dało jej podstawę do późniejszej pracy naukowej, rzeczywiście samodzielnej.

We Włoszech zapoznała się z organizacją archiwów. Przejęta tym, co widziała, ujęta “lettera circolare” biskupów włoskich w sprawie archiwów, starała się do tych samych idei przekonać Kardynała, po swoim powrocie do kraju. Było to przed synodem prowincjalnym. Skontaktowała się z ks. Kwolkiem z Przemyśla. Wspólnie przygotowali wniosek na synod w sprawie archiwów kościelnych. Kardynał zainteresował się projektem, lecz orzekł, że w Polsce lepiej nie tworzyć archiwów centralnych. Mówił: Pierwsza wojna je zmiecie, niech lepiej będą podzielone. Wtedy nie rozumiała stanowiska Kardynała. Dziś widzi, jak potrafił patrzeć w przyszłość. Jej idee pozwolił propagować wśród duchowieństwa i ułatwił jej druk artykułów w “Ateneum Kapłańskim”, którego redaktorem był obecny Prymas Polski. Została także zaproszona na uroczystą sesję, otwierającą synod plenarny. Niemniej, brak pełnego zrozumienia ze strony kard. Hlonda w sprawie archiwów odsunął ją od niego. Doszła do tego niechęć Warszawy na tle rozdmuchanej sprawy prymasostwa Królestwa Polskiego, posiadanego przez arcybiskupa warszawskiego. Ona temu ulegała, a jednak dostrzegała ogromny takt i pokorę kard. Hlonda w tym czasie i w tej sytuacji.

Bliższe kontakty zostały nawiązane po wojnie, w okresie warszawskim kard. Hlonda. Pomogła do tego jego znajomość z kapłanami, których kard. Hlond wysunął na biskupstwa (bp Świrski, bp Falkowski, bp Pawłowski). Jak mało kto, umiał dobierać sobie współpracowników różniących się od niego i między sobą. A on to wszystko harmonizował. Jeżeli męczył się, brał różaniec i modlił się. Przez to wypoczywał, mówił.

Kardynał był człowiekiem silnej woli, zarazem muzykiem. Ten talent muzyczny odczuwało się w jego mowie. “Mówił nutami”. Zdania jego były jakby “wykute”.

Wie, że bardzo wiele cierpiał i przeżywał. A ukrywał to w modlitwie (w różańcu). Na jego twarzy nie było grymasu, goryczy, a zwłaszcza nie było pogardy dla nikogo.

Największe i niezapomniane wrażenie pozostawiła jego śmierć. Miał zawsze wielkość, majestat w sobie. Nie sztuczny, nie robiony. Jestem przekonana, że po wyjaśnieniu tego szczegółu, jakim był jego wyjazd z Polski na początku wojny, przejdzie on do rzędu błogosławionych.

Archiwum Ośrodka Postulatorskiego Kard. Augusta Hlonda w Poznaniu

Dr Janina Radecka - Moje wspomnienia

Miałam kontakty z ks. kardynałem Augustem Hlondem przed II wojną światową. Kiedy Ksiądz Kardynał zjawiał się w Katowicach w drodze czy to do Rzymu, czy na Węgry, czy też przy innej sposobności. Poza tym byłam w jego rezydencji w Poznaniu i w domu w Rościnnie (6 do 8 razy). Przebywałam przez kilka dni z różnych okazji (np. świąt najczęściej). Ale w tym okresie byłam b. młoda. Miałam również kontakty z Księdzem Kardynałem po wojnie. Najpierw bezpośrednio po jego powrocie do kraju (lipiec 1945). Wówczas wezwał nas do rezydencji ks. bpa Adamskiego w Katowicach, ponieważ tam się zatrzymał. Mieszkałam w jego rezydencji w Poznaniu przez dwa tygodnie. Spotkałam się także z nim w Warszawie, ale tylko jeden raz. Pragnę stwierdzić, że Ksiądz Kardynał pomagał mi, jak również siostrze Marii. Pomagał materialnie przez kilka lat. Ułatwił mi studia w Poznaniu.

Uderzyła mnie jego wielka skromność i ogromna pogoda ducha. Nie skarżył się na trudności. Mówił, że inni mają większe aniżeli moje, gdy mu o swoich mówiłam. Wspomniał o swoich kłopotach w związku ze studiami (nie w sensie skargi czy narzekania, mówił o podróży do Turynu – miał chyba 12 lat?). Po wyjściu z pociągu w Turynie był zupełnie bezradny, wówczas podszedł do niego jakiś starszy pan, wziął go pod rękę i zaprowadził pod zakład św. Jana Bosko. Gdy zadzwoniłem i oglądnąłem się, już tego pana nie było. Ksiądz Kardynał utrzymywał, że była to zwykła sprawa.

W życiu codziennym był mało wymagający, żył w pomieszczeniu bardzo skromnym, spał na żelaznym łóżku. Zawsze miły, uśmiechnięty, żartujący. Zasiadał często do fortepianu i grał. Muszę także podkreślić zainteresowanie się człowiekiem, moimi studiami. Czuło się to w rozmowie. Dla każdego miał dobre słowo. Istniał dla niego człowiek, osoba. Jego przyjazd był świętem, wprowadzał nastrój radości. Potrafił przystosować się do sytuacji. Był przystępny w kontaktach z nami. Fantastyczne opanowanie.

Przedkładał jednak obowiązek nad sprawy rodzinne, zawsze. W czasie okupacji chciał mnie i siostrę Marię ściągnąć do Rzymu, ale z tego nic nie wyszło. Wyjechała jedynie pani Marta, córka doktora Michały. Zajął się nią w Rzymie. Pozostała w Rzymie i tam obecnie mieszka pod nazwiskiem M. Sandulli.

Uderzyło mnie również skupienie na modlitwie. W rozmowie zachęcał mnie do modlitwy. Módl się, a wszystko się ułoży. W ciągu dnia kilka razy wchodził do kaplicy. Przed ważniejszym spotkaniem także. Mówił także w rozmowie o czci dla Najświętszej Maryi Panny.

Podziwiałam jego opanowanie. Zaimponował mi opowiadaniem o zakusach Niemców, gestapo w Paryżu. Wspomniał o rozmowach w różnych porach dnia i nocy, jak chciano go złamać psychicznie. Mówił o tym bez chęci imponowania, ale po prostu dzielił się. Uważam go za wzór życia chrześcijańskiego.

Archiwum Ośrodka Postulatorskiego Kard. Augusta Hlonda w Poznaniu

Michał Pollak - Moje spotkania

Po przybyciu z Torunia w 1932 r. na stanowisko kuratora zjednoczonych okręgów, zapoznałem się z kardynałem Augustem Hlondem, arcybiskupem gnieźnieńsko-poznańskim. Złożyłem mu urzędową wizytę, w czasie której omówiliśmy modus vivendi władzy szkolnej z władzą kościelną. Kardynał dobrze był poinformowany o mojej działalności w Okręgu Szkolnym Pomorskim, co wyraźnie zaznaczył w rozmowie ze mną. Od tego pierwszego zetknięcia się stosunki ułożyły się przyjazne, charakteryzujące się wzajemnym poszanowaniem i zaufaniem. Sam to podkreślał nieraz i wobec mnie i wobec innych członków Episkopatu. W ciągu całego mego urzędowania w Poznaniu do 31 sierpnia 1936 r. nigdy nie doszło do żadnych nieporozumień, a o jakichś zadrażnieniach, jak to bywało gdzie indziej między kuratorem a Kurią Biskupią nawet nie było mowy.

Kardynał Hlond występujący zawsze z wielką godnością, gdy reprezentował Kościół w czasie różnych oficjalnych zebrań i narad – jako bardzo wysoki tego Kościoła dostojnik – w rozmowach w swoim pałacu był zawsze niezwykle uprzejmy, serdeczny i prosty w obejściu. Stojąc na straży Kościoła, strzegąc jego powagi i dobra, nie był zacietrzewiony, nie był stronniczy. Zawsze do głębi zbadawszy sprawę, wykazywał należyte jej zrozumienie, ujmował rzecz jasno, obiektywnie, sprawiedliwie. Do szkoły i jej zagadnień wychowawczych, do młodzieży szkolnej bardzo pozytywnie się ustosunkowywał, co mogłem stwierdzić w czasie różnych z nim spotkań.

Kontakty ułożyły się tak, że ilekroć zachodziła potrzeba, zgłaszałem swoje przybycie dla omówienia ważnych spraw, które wymagały decyzji Kardynała w odniesieniu do kleru jemu podległego. A w ciągu miesięcy takich spraw nagromadziła się zawsze spora wiązka. Proboszczowie na prowincji lubili się mieszać do spraw szkolnych, uważali często, że mogą zlecać nauczycielowi różne czynności związane z kultem i nabożeństwami dla młodzieży (np. funkcje organisty), nie liczyli się nieraz z porządkiem i organizacją życia szkolnego (urządzanie nauki religii). Zdarzały się przypadki, że proboszczowie bez porozumienia z kierownictwem szkół lub z inspektorem szkolnym wyznaczali terminy przystępowania dzieci do sakramentów. Oczywiście powodowało to dezorganizację nauki szkolnej oraz wywoływało zatargi między szkołą a proboszczem. Dla uregulowania tej sprawy zmuszony byłem interweniować u samego Kardynała, który uznając racje przez mnie przedstawione, polecił proboszczom, aby zaniechali takiego postępowania, to samo zarządził też na mój wniosek biskup Okoniewski na terenie diecezji chełmińskiej. Podobnie dezorganizująco oddziaływały wizytacje nauki religii przeprowadzane z ramienia Kurii Archidiecezjalnej przez specjalnych wizytatorów. Postępowano zwykle w ten sposób, że młodzież z kilku szkół zbierała się w kościele parafialnym, przerywając na cały dzień naukę szkolną. Nie było to ani celowe ani praktycznie nie przynosiło zamierzonej korzyści. Młodzież zgromadzona w dużej ilości w kościele nie mogła być zbadana należycie, cel wychowawczy nie mógł być osiągnięty. Jedynie chyba było to ułatwieniem dla księży przeprowadzających wizytację. Działo się to też bardzo często bez porozumienia z lokalną władzą szkolną. Na skutek mej interwencji, kardynał Hlond wydał zarządzenie z dnia 1 lutego 1933 r., aby “księża inspektorowie wizytowali naukę religii jedynie w gmachu szkolnym, a wyniki omawiali z nauczycielstwem”.

Nierzadkie były zatargi między proboszczami a kierownikami szkoły na tle urojonej supremacji duchownych nad świeckimi, a zwłaszcza nad nauczycielem na wsi lub na tle przesadnie pojętej gorliwości w sprawach moralności. Zasadniczo tło zadrażnień i nieporozumień stanowiła niewątpliwie przynależność kierownika szkoły czy nauczyciela do Związku Nauczycielstwa Polskiego (a nie do Stowarzyszenia Chrześcijańskiego Nauczycielstwa Polskiego dobrze widzianego u kleru), który uchodził za zbiorowisko ateistów źle nastrojonych do Kościoła, a nawet był posądzany wprost o działalność komunistyczną, a co najmniej o sympatie komunistyczne. Do niektórych stosunków przyczyniała się też w znacznym stopniu przynależność wielu nauczycieli do Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, który był negatywnie ustosunkowany do Narodowej Demokracji uznawanej przez kler, zwłaszcza w tym czasie, gdy “góra” Związku Nauczycielstwa Polskiego zdecydowanie popierała Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (wiceprezes poseł Smulikowski, posłanka Maria Jaworska).

Odzywały się też echa dawnej uporczywej i uzasadnionej walki nauczycielstwa związkowego w okręgu o zupełną niezależność nauczyciela od proboszcza, co tendencyjnie poczytywanie było za walkę z Kościołem i religią. Tymczasem ZNP w okręgu poznańskim wyraźnie odcinał się od tej walki. Chodziło mu raczej o zupełne wyzwolenie nauczyciela od proboszcza (tak bywało dawniej, gdy nauczyciel podporządkowany proboszczowi, musiał bezapelacyjnie spełniać na jego zlecenie różne prace w kościele i dla kościoła na wsi) oraz o skuteczną obronę nauczyciela w konkretnych wypadkach przed atakami kleru, często krzywdzącymi nauczyciela i Związek.

W takiej to napiętej nieraz atmosferze, niepotrzebnie zaogniającej stosunki między dwoma czynnikami wychowawczo oddziaływującymi na młodzież i społeczeństwo, grożącej wybuchem otwartej walki w terenie zmuszony byłem interweniować u Kardynała. Kardynał Hlond – trzeba to z uznaniem podkreślić – po zapoznaniu się z faktami przeze mnie przedstawionymi, zajmował stanowisko sprawiedliwe, salwując autorytet szkoły. Niewłaściwe wystąpienia różnych proboszczów ukrócał, dawał pouczenia i zarządzenia podległemu klerowi, a mnie zawiadamiał o tym zawsze pisemnie lub ustnie. Oczywiście Kardynał miał bardzo trudną często sytuację, o czym mi wyraźnie mówił, gdyż proboszczowie byli “inamovibiles” tak, że mógł na nich oddziaływać tylko słowem i poleceniami.

Ja ze swej strony oddziaływałem znowu stale na nauczycielstwo, przede wszystkim szkół powszechnych, bezpośrednio stykające się z proboszczami w terenie, aby unikało niepotrzebnych zadrażnień, a raczej odnosiło się do kuratora, za pośrednictwem inspektorów we wszelkich nieporozumieniach i trudnościach we współżyciu z klerem. Dałem temu wyraz m.in. na Zjeździe Okręgowym Delegatów Związku Nauczycielstwa Polskiego w Poznaniu w dniu 2 lutego 1933 r.: “Pracując nad dziatwą szkolną, nauczyciel w swych poczynaniach styka się obok domu rodzicielskiego z jednym jeszcze czynnikiem, który wywiera swój wpływ wychowawczy od bardzo dawna tj. z Kościołem. Szkoła współpracuje z Kościołem w dobrej harmonii w zakresie wychowania moralnego i religijnego jednostek, urabiania charakterów, doskonalenia człowieka. Współpraca duchowieństwa i nauczycielstwa w powiatach dla sprawy wychowania młodego pokolenia powinna być równa i spokojna, bez niepotrzebnych zadrażnień i tarć. Obopólne zrozumienie i porozumienie oraz wyjaśnianie wszelkich kwestii, mogących nastręczać jakieś trudności, jest najlepszą drogą wiodącą do ułatwienia współpracy na miejscu. Kuratorium w tym zakresie pozostaje w ścisłym kontakcie z Kuriami i omawia zawsze wszelkie zagadnienia, jakie się tylko wyłonią w terenie, a wymagają zasadniczego wyjaśnienia i uregulowania”.

Aby zaś nie było żadnych niejasności i nieporozumień odnośnie ustosunkowania się władz szkolnych do Kościoła i duchowieństwa, wkrótce po objęciu stanowiska kuratora w Toruniu w 1932 r., na konferencji inspektorów szkolnych poruszyłem tę sprawę m.in. wyraźnie podkreśliłem, że “władze szkolne nie myślą o prowadzeniu jakiejś walki z duchowieństwem”. O tym oczywiście kler archidiecezji poznańskiej dobrze wiedział. Jak bezstronny był i sprawiedliwie oceniał Kardynał różne sytuacje i zachowanie się kleru świadczyć może zdarzenie, jakie miało miejsce w Wolsztynie w roku 1933.

Młodzież dwóch najwyższych klas gimnazjum w Wolsztynie pragnąc uczcić święto Bożego Narodzenia, a równocześnie sprawić miłą niespodziankę zarówno rodzicom i młodzieży szkolnej, jak i społeczeństwu wolsztyńskiemu, postanowiła wystawić utwór sceniczny “Pastorałka”, misterium ludowe w układzie Leona Schillera z muzyką Schillera i Jana Maklakiewicza. “Pastorałka” wydana w 1931 r. nakładem Instytutu Teatrów Ludowych z zasiłku Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, dozwolona została do użytku szkolnego, szczególnie dla bibliotek szkolnych. Wystawiana była kilkakrotnie w Warszawie i gdzie indziej w Polsce, a nawet w Grodzisku sąsiadującym z Wolsztynem. Utwór ten oparty na kilkuwiekowych polskich tradycjach kolędniczych wszędzie przyniósł widzom wiele szczerej radości, a także wzruszeń religijnych i nigdzie nie wywołał protestów, ani nie dał powodów do zgorszenia. W Warszawie nawet księża współpracowali w reżyserii utworu.

W Wolsztynie w przeddzień przedstawienia dla publiczności odbyło się przedstawienie dla miejscowych szkół przyjęte przez młodzież z zadowoleniem i ogólnym aplauzem. W przedstawieniu wziął udział prefekt miejscowego seminarium nauczycielskiego, a prefekt gimnazjum zapoznawszy się z tekstem nie podniósł żadnych zarzutów przeciwko przygotowaniu przedstawienia. Dopiero następnego dnia w czasie przedstawienia dla starszego społeczeństwa zerwały się protesty, dały się słyszeć słowa oburzenia wśród hałasu i wrzawy czynionej przez jednego z miejscowych księży oraz dyrektora Szkoły Rolniczej. Przedstawienie zostało zerwane, publiczność w podnieceniu opuściła salę. Wysunięto zarzuty, że nie należało w ogóle dopuścić do wystawienia “Pastorałki”, gdyż treść jej niezgodna jest z prawdami wiary katolickiej, że zawiera momenty ośmieszające postacie Świętych (Matkę Bożą i św. Józefa), że młodzież w charakteryzacji czy w ruchach stwarzała momenty drastyczne i gorszące. Wszczęto wielką akcję przeciw dyrektorowi Gimnazjum i władzom szkolnym. Dzienniki endeckie w Poznaniu i w Warszawie wystąpiły ze zjadliwą nagonką biorąc w obronę rzekomo zagrożony katolicyzm. Katolicka agencja prasowa podniosła zarzuty, proboszczowie dekanatu zbąszyńskiego ogłosili protestujące i potępiające oświadczenie. Zarzucono, że ośmieszone zostały tajemnice wiary katolickiej i obrażone uczucia religijne. Wysunięto też z wielkim oburzeniem zarzut siania nienawiści do klas posiadających, a nawet propagowania idei komunistycznych. W Wielkopolsce zawrzało.

Jako kurator zarządziłem bardzo sumiennie i dociekliwe badania, które przeprowadził naczelnik Wydziału Biedowicz. Dochodzenia wykazały bezpodstawność zarzutów i złośliwą nagonkę na dyrektora i młodzież. Inicjatorzy tej niesamowitej awantury nie zrozumieli istotnej treści “Pastorałki” i wysuwając niegodne insynuacje na temat antyreligijnego kierunku wychowania, brutalnie napadli na dyrektora i szkołę. Dla uspokojenia wzburzonej opinii społeczeństwa, po przeprowadzeniu dochodzeń, ogłosiłem w Dzienniku Poznańskim oświadczenie wyjaśniające całą sprawę.

Niezależnie od tego, udałem się osobiście do kardynała Hlonda, któremu przedstawiłem wyniki dochodzeń, moje stanowisko w tej sprawie oraz moje wnioski zmierzające do zlikwidowania tej sprawy. Kardynał, po zapoznaniu się z całokształtem tego bardzo przykrego wydarzenia, rozdmuchanego po prostu na tle politycznym i antyrządowym, po wzajemnym omówieniu, zdecydował się na moją propozycję: Kardynał przyrzekł wpłynąć uspokajająco na oburzonych proboszczów dekanatu zbąszyńskiego, a w szczególności na księży z Wolsztyna, a ja, jako kurator zapowiedziałem przeniesienie służbowe dyrektora Szkoły Rolniczej do innej miejscowości.

Niezrozumienie wartości dzieła, skandaliczne zacietrzewienie, świadome i w skutkach daleko idące uderzenie na szkołę oraz młodzież święciło triumfy. Postawa Kardynała, jego wnikliwe i obiektywne spojrzenie na całość sprawy kompromitującej kler, jego solidaryzowanie się z moim stanowiskiem jako człowieka bezstronnego i sprawiedliwie oceniającego sytuację, było najzupełniej godne stojącego na świeczniku reprezentanta Kościoła.

Nigdy Kardynał nie wysuwał żądań w sprawie usuwania nauczycieli z powodu ich niemożności współżycia z klerem. Gdy takie wypadki miały miejsce, zawsze przedstawiał obiektywnie odnośną sprawę dla powzięcia przez kuratora decyzji na podstawie zbadanych szczegółów. Jeśli chodziło mu o jakąś sprawę personalną, w sposób delikatny ją wysuwał, a gdy z mej strony były obiekcje natury rzeczowej, zasadniczej, wycofywał się przyznając mi rację.

Wielokroć razy z kardynałem Hlondem brałem udział na równi z innymi reprezentantami władz wojewódzkich w różnych uroczystościach szkolnych i kościelnych, zarówno w Poznaniu jak i na prowincji, jak np. w Buku, Marszałkach, Odolanowie, Ostrowie Wielkopolskim, Ostrzeszowie, Wągrowcu (odsłonięcie pomnika ks. Jakuba Wujka) itd. Wówczas miałem też sposobność omawiania spraw dotyczących współżycia Kościoła i szkoły.

Dzięki temu wszystkiemu, gdy na najwyższym szczeblu w Poznaniu zapanowała harmonia i wzajemne zrozumienie – o czym kler był poinformowany i co konstatował nieraz naocznie przy różnych okazjach – poprawiały się stosunki między nauczycielstwem a klerem. Rażących i nieznośnych zadrażnień z biegiem czasu coraz bardziej ubywało.

Archiwum Ośrodka Postulatorskiego Kard. Augusta Hlonda w Poznaniu

Karol Górski - Kardynał w moich oczach

Przygotowując pracę o duchowości polskiej do Dictionaire de Spiritualite – postanowiłem tam zamieścić także postać ks. kard. Hlonda i doszedłem do przekonania, że to co jest jest najbardziej charakterystyczne dla niego, to jest cnota nadprzyrodzona nadziei w stopniu tak silnym, co występowało już przed wojną, a szczególniej zaraz po wojnie. Konsultowałem to z ks. Kosińskim, który się zajmował osobą Księdza Prymasa już przedtem i temu nie zaprzeczył, że taka cnota jest, ale ja ją wysuwam na pierwsze miejsce.

Była to cnota silna, to znaczy heroiczna. Można to na pewno powiedzieć dlatego, że były to czasy bardzo ciężkie, a więc nadchodząca wojna, lata powojenne. Moim zdaniem cnota nadziei u Księdza Prymasa występuje w stopniu heroicznym. Można to ewentualnie zobrazować przykładem. Tak np. przed samą wojną, w początku lipca 1939 r. odbyła się procesja na morzu w Gdyni, o której mało się mówi, a która zostawiła niezatarte wrażenie u uczestników. Procesję tę miał odbyć Ksiądz Prymas z Biskupami na kontrtorpedowcu przed flotą, która stała na redzie w Gdyni. Nagle nastąpiła silna burza z ulewą, tak że wszystko zostało odwołane i ołtarz rozebrano. A jednak, gdy tylko burza minęła, Ksiądz Prymas nastawał, by procesja się odbyła. Marynarze, którzy później byli w niewoli, opowiadali mi, jak stawiano z powrotem ołtarz na kontrtorpedowcu (czy torpedowcu). Przed Przenajświętszym Sakramentem, na podwyższeniu, klęczał Ksiądz Prymas, a niżej Biskup. Procesja płynęła wśród floty, wszędzie wokół motorówki i statki przepełnione ludźmi, którzy śpiewali pieśni religijne. Miało to wyraźnie charakter zachęty do męstwa wobec nadchodzących, a niewiadomych wydarzeń. Tak wszyscy obecni to odczytali.

Drugi przykład męstwa i nadprzyrodzonej nadziei to był przyjazd ks. kardynała Hlonda do Polski w sytuacji, w której nie było wiadomo, co go czeka. Przejechał samochodem przez wszystkie kordony graniczne. Przyjechał objąć rządy w Poznaniu. Rozmawiałem z nim wtedy i widziałem w nim pełnię energii, co się przejawiało w wystąpieniach i listach pasterskich. Brzmiała w nim jasno nuta nadziei nadprzyrodzonej, kiedy mówił z naciskiem, że Polska nie przestanie być katolicką. Taką postawę zachował do końca. W ostatnich rozmowach w kwietniu, czy maju 1948 r. wyczuwałem w nim tę pełnię sił i nadzieję.

Kardynał był człowiekiem bardzo głębokiej wiary, co przejawia się w listach pasterskich. Ale na plan pierwszy wysuwa się u niego bardzo silna, nadprzyrodzona nadzieja, złączona z wiarą. Było to coś, co uderzało szczególnie i było szczególnie ważne w tych trudnych czasach.

Pragnę także podkreślić, że Ksiądz Prymas stale zaznaczał swoje posłuszeństwo w stosunku do Stolicy Apostolskiej. To posłuszeństwo było zrozumiałe, podobnie jak oddanie Stolicy św. wynikające ze stanowiska jakie zajmował. Mimo że był w działaniu bardzo samodzielny, stale podkreślał swe oddanie Stolicy Apostolskiej. Czy było to tylko posłuszeństwo, czy coś więcej może? Było to posłuszeństwo i oddanie, ale ja stałem za daleko, bym mógł powiedzieć coś więcej.

Widziałem się w Pelplinie z Księdzem Prymasem w sierpniu 1946 r. podczas konsekracji ks. bpa Kazimierza Józefa Kowalskiego. Później byłem drugi raz w Pelpinie, gdy przybył tam Kardynał angielski i był Ksiądz Prymas. Nic tam nie mówiłem o Stolicy Apostolskiej. Wiosna 1948 r. w Burzgłowie na jubileuszu ks. bpa Szelążka, Ksiądz Prymas usunął się ze mną do niszy okiennej w starej gotyckiej sali i powiedział mi: “Kiedy było to wystąpienie w sprawie Ziem Zachodnich Ojca św. Piusa XII, bałem się, że teraz się zacznie, ale udało mi się to jakoś zażegnać”. Oznaczało to, że wystąpienie to wywołało gwałtowną reakcję ze strony rządu, a Ksiądz Prymas zdołał to zażegnać i załagodzić. Nie wyrażał przy tym żadnej oceny czy dezaprobaty dla polityki Piusa XII, tylko powiedział przez to, że bał się, by nie doprowadziła do bardzo ostrego konfliktu, który udało się zażegnać. Nie oznacza to jednak również, by podtrzymywał i aprobował we wszystkim politykę Piusa XII, który w danym wypadku dał się użyć Niemcom. Mimo to, jak podkreślam, nie dawał wyrazu krytycznemu stanowisku.

Co do stosunku do innych, mogę powiedzieć, że mogą być zarzuty ze strony niemieckiej. Mianowicie o. Breitinger, franciszkanin z Poznania, który za okupacji został mianowany administratorem apostolskim dla katolików – Niemców archidiecezji gnieźnieńsko-poznańskiej (przypuszczam, że może i dla całego Warthelandu), został w początku września aresztowany w Poznaniu jako zakładnik i prowadzony pieszo na Wschód. W swoich wspomnieniach (nie pamiętam, gdzie je czytałem) pisze, że w drodze kolumnę zakładników minął ks. kard. Hlond w samochodzie. O. Breithinger zapisał, że “nie mógł mnie nie poznać”, miało oczywiście o to pretensje. Ale jadący samochodem Ksiądz Prymas nie musiał się przyglądać osobom idącym w kolumnie i patrzeć w twarz każdemu z idących, bo i tak nie wiedziałby, kto to jest. Drugi zarzut ze strony niemieckiej pochodzi od konsula generalnego Rzeszy w Poznaniu. Mam tę relację od dwóch starszych panów z Kresów (po 75 lat i więcej), którzy byli na audiencji u Księdza Prymasa w 1938 r. Przyszedł też Konsul Generalny, który był osobistością dyplomatyczną. Cel wizyty nie jest mi wiadomy, ale domyślam się, że chciał domagać się powiększenia ilości nabożeństw niemieckich dla Niemców katolickich. Ci Niemcy katoliccy byli w Wielkopolsce na drodze do polonizacji, doskonale mówili po polsku i nie byli przez ludność polską uważani za obcych. Hitlerowska propaganda starała się obudzić w nich znowu niemieckość. Konsul Generalny czekał dość długo, a gdy wyszedł ktoś od Księdza Prymasa, kapelan (czy sekretarz) poprosił kogoś z kolejnych interesantów, nie zaś Konsula Generalnego. Ten się obraził i wyszedł. Owi dwaj panowie poszli do kapelana (sekretarza) i przedkładali mu, że nie można tak robić, bo to dyplomata. On na to powiedział: “Ach, on taki niesympatyczny” i tym ich zbył. Przypuszczalnie był to sposób uniknięcia bardzo trudnej sytuacji dla Księdza Kardynała. W każdym razie stosunek Niemców do niego był wtedy wrogi i takim później pozostał.

Odwiedziła mnie kilka lat temu pewna Niemka, historyczka, katoliczka z Warmii i powiedziała mi, że przygotowują Niemcy proces informacyjny do kanonizacji biskupa warmińskiego Kallera. Była w Pelplinie i tam czytała protokół, spisany po wizycie ks. kard. Hlonda, do którego przyjechał do Pelplina ks. bp Kaller. Rzekomo pochodził on z Chorzowa, gdzie rodzice jego mieli sklep korzenno-spożywczy i sprzedali go rodzicom kardynała Hlonda, który musiał znać późniejszego biskupa Kallera. Odpowiedziałem, że ks. kardynał Hlond był synem dróżnika kolejowego, który w żadnym wypadku nie był właścicielem sklepu korzenno-spożywczego. Całe to opowiadanie miało na celu wykazanie, że u ks. kard. Hlonda działały w stosunku do biskupa Kallera jakieś osobiste motywy. Powiedziałem, że to się nie może zgadzać z prawdą. Ks. kard. Hlond, żądając jako legat papieski w 1945 r. wyjazdu biskupa Kallera z Warmii na pewno miał informacje, że rząd nie będzie tolerował biskupa Kallera i sam mi to mówił później, o ile pamiętam. Na to rozmówczyni moja zdziwiła się, jak to mogło się stać, by Ksiądz Kardynał miał informacje o planach rządu, na co odpowiedziałem, że miał pośrednio jakieś kontakty, choćby przez Bolesława Piaseckiego. Mnie się też wydawało, że prof. Zygmunt Wojciechowski mi o stanowisku rządu mówił, ale nie mogę tego twierdzić. W każdym razie słyszałem o tym w 1945 r. Ta decyzja rządu była przyczyną, dla której ks. kard. Hlond usunął jako legat ordynariusza diecezji warmińskiej, ks. biskupa Kallera i mianował na administratora ks. Teodora Benscha.

Gdy Ksiądz Kardynał rządził diecezją, musiał usuwać tę czy inną osobę z jej stanowiska. Tak np. usunął ks. Brossa ze stanowiska dyrektora Akcji Katolickiej. Były tam konflikty, których nie znam. Nie słyszałem, by zarzucano ks. kard. Hlondowi mściwość albo pamiętanie uraz. Był on bardzo ostrożny w mówieniu o innych ludziach. W czasie wizyty mojej 30 czy 31 grudnia 1945 r. u Księdza Kardynała, określił Bolesława Piaseckiego jako chaotyka. Nie była to ocena strony moralnej ale umysłu człowieka, który myśli chaotycznie i dlatego, jak dodał, łatwo daje się zaplątać.

Kontynuując myśl o stosunku Księdza Kardynała do innych dodam, że prowadził tryb życia bardzo skromny. Cały zarząd pałacem był oddany braciom Serca Jezusowego (z zielonymi pasami). Stary kamerdyner poprzedników wyprowadzał tylko gości i właściwie był na emeryturze.

Ksiądz Kardynał był bardzo uprzejmy, nie było w nim wyniosłości, ale niektórzy uważali, że jest w nim coś z aktora. Otóż, moim zdaniem, każdy człowieka sprawujący władzę na wyższym stanowisku musi być w pewnym stopniu aktorem, jeśli władzę tę ma sprawować skutecznie. Ludzie tego aktorstwa potrzebują. Ten, kto w jakimś stopniu nie jest aktorem, nie będzie dobrze spełniał funkcji reprezentacyjnych i kierowniczych, ci zaś, którzy są aktorami, są wysoko cenieni przez publiczność; stojący zaś bliżej nich mogą mieć inny sąd o nich. Ten kto ubiera swe wystąpienia w szatę krasomówstwa i aktorstwa, robi wielkie wrażenie na słuchaczach, którzy sobie nie zdają z tego sprawy. Otóż u kardynała Hlonda był pewien element tego aktorstwa w sensie pozytywnym, potrzebnego przy sprawowaniu wysokiego urzędu. Nie było w nim pozy, to było coś prostego. Gdyby tego nie robił spontanicznie, musiałby się tego nauczyć.

Mimo wszystko była w nim prostota. W rozmowie był bardzo prosty, ale nie był wyniosły. W zewnętrznych wystąpieniach stosował formy przyjęte wówczas przez książąt Kościoła na Zachodzie. W rozmowie bezpośredniej był bardzo prosty i bezceremonialny. Umiał przy tym zachować autorytet. Byłem na obiedzie u niego wraz z innymi prelegentami Tygodnia Społecznego o Rodzinie. Przy stole Ksiądz Prymas dyktował tematy rozmowy i nikt nie próbował wysunąć jakiegoś innego tematu. Zdania swego nie narzucał i nie wyobrażam sobie, by to mógł robić. Wysłuchiwał najpierw wszystkiego o danej sprawie, a potem wydawał decyzję, która była od razu przemyślana i gotowa. Ja do niego nie chodziłem radzić się. Tylko podczas ostatniej rozmowy w Poznaniu 30 lub 31 grudnia 1945 r., kiedy miałem przenieść się do Torunia, a on wyjeżdżał do Warszawy, powiedziałem mu, że jeśli uważa za potrzebne, proszę, by mnie użył do pracy charytatywnej, jedynej jaką wtedy można było prowadzić. A on się chwilę zastanowił i powiedział: “Niech Pan na razie spokojnie siedzi, przyjdzie czas, kiedy Pan będzie potrzebny”. To znaczy, że decyzję wydał od razu.

Na pewno bardzo doceniał znaczenie laikatu. Dziś pod tym względem jest znacznie gorzej. Ksiądz Kardynał należał do pokolenia ludzi w Kościele, którzy pragnęli wychować laikat katolicki i robili w tym celu bardzo dużo, starając się podtrzymać katolików świeckich i stworzyć im jakieś warunki pracy i działania. Popierał np. ruch “Odrodzenie”, organizacje Akcji Katolickiej, także Koło Wiedzy religijnej, które pozostawało w luźnym związku z Akcją Katolicką. Moje prace nad historią życia wewnętrznego bardzo popierał i zawsze czułem, że mogę się do niego udać i znajdę pełne zrozumienie. I czy także podobne odczucie mieli inni, z którymi właśnie spotykaliście się?

Inni też mieli podobne odczucie. Ksiądz Kardynał był bardzo lubiany i wysoko ceniony.
Był ogólny prąd w Kościele zmierzający do tego, żeby świeckich ludzi wykształcić na świadomych katolików. Był to prąd, który przychodził z Zachodu i był w Polsce rozumiany, np. w Poznaniu inteligencją zajmowali się późniejszy biskup chełmiński ks. Kazimierz Józef Kowalski, ks. prałat Aleksander Żychliński i inni.

Kardynał rozumiał przyszłość i nastawiony był na przyszłość, na jej przygotowanie. Dlatego (wracając jeszcze do spraw Akcji Katolickiej) próbował stworzyć czasopismo literacko-katolickie. Miała nim być “Kultura”. Na jednym ze zjazdów katolickich w Środzie poruszano tematy kultury katolickiej, którą Ksiądz Prymas usiłował stworzyć. W realizowaniu programów społecznych był bardzo ostrożny. Powołał Prymasowską Radę Spraw Społecznych, która wydawała pewne orzeczenia, ale nie dążył do natychmiastowej realizacji celów. Na jubileusz ks. Al. Żychlińskiego, który odbywał się w Uzarzewie, u jego brata, przybyło szereg działaczy konserwatywnych i przyjechał też Ksiądz Prymas. Płk Rostworowski (późniejszy generał, zamordowany przez gestapo) powiedział mu, że gotów jest podjąć się przez swe stosunku wprowadzenia korporacyjnej organizacji rolnictwa. Na to Ksiądz Prymas odpowiedział, że na to jest jeszcze za wcześnie i powołał się na rozmowę z Piusem XI, który powiedział, że ustroju chrześcijańskiego tak zaraz w życie wprowadzić nie można.

Tendencji laickich wśród nauczycielstwa Ksiądz Prymas bardzo się obawiał, ale mu było bardzo trudno prowadzić walkę, gdyż rząd nieraz podejmował decyzje, zmierzające do laicyzacji, ale w razie interwencji natychmiast wszystkiemu zaprzeczał.

Ksiądz Kardynał był bardzo roztropny we wszystkich posunięciach, wszystko było przemyślane, środki dobrane do celu. Sytuacja jego w Wielkopolsce nie była łatwa, gdyż przyszedł ze Śląska i nie był miejscowym księdzem, a księża wielkopolscy byli przyzwyczajeni do wielu pokoleń, od stuleci, że zawsze miejscowy kapłan zostawał biskupem. Jak słyszałem, wyrazicielem tej niechęci był ks. biskup Laubitz, który ostro wypominał różne rzeczy Księdzu Prymasowi publicznie, na zebraniach duchowieństwa. Ksiądz Prymas przyjmował to z wielkim spokojem i nic mu nie powiedział.

Wyjazd Kardynała?

Moim zdaniem nie miał on absolutnie żadnych szans na to, by go hitlerowcy pozostawili na wolności, chociażby z powodu nieprzyjęcia konsula generalnego (o czym było wyżej). Wystarczało to, by go natychmiast w jakiś sposób unieszkodliwić. Wyjechał do Warszawy na wezwanie rządu, ale gdyby nie wyjechał, to by go hitlerowcy wywieźli. Jak go dostali w swoje ręce we Francji, to od razu go zamknęli. Nie można czynić mu zarzutu z tego, że wyjechał, ponieważ na pewno nie mógłby prawować swoich funkcji. Moim zdaniem nie wolno nikomu czynić zarzutu z tego, że dobrowolnie nie poszedł na męczeństwo. Kościół w czasach rzymskich zawsze nakazywał ukrywać się w wypadku, gdy groziło prześladowanie i męczeństwo, a dopiero kiedy nie było można inaczej, wówczas zarówno kapłan jak i człowiek świecki powinni byli śmiało wyznać wiarę. Starożytni autorzy, Ojcowie Kościoła, ostrzegali przed dobrowolnym, że tak powiem, zgłaszaniem się na męczeństwo, gdyż Pan Bóg mógłby nie dać sił. Moim zdaniem można było z całą pewnością przewidzieć, że Księdzu Prymasowi grozi więzienie hitlerowskie albo śmierć. Więc nie można mu czynić specjalnego zarzutu, że za wszelką cenę nie starał się pozostał na miejscu. Jest to dubium.
Kardynał był prawdomówny, choć umiał wszystkiego nie powiedzieć. Prawdomówność występuje np. w rozmowie 30 czy 31 grudnia 1945 r., w której poruszyłem sprawę świętych polskich, kandydatów na ołtarze i wymieniłem m.in. ks. Bronisława Markiewicza. I wtedy uświadomiłem sobie, że mógł to być nietakt wobec salezjanina. Na to on się trochę stropił, zdjął piuskę tak jak to czynił wtedy, gdy chciał gestem okazać szacunek i powiedział: “Ja byłem u nich w domu i stwierdziłem, że zwyczaje u nich były salezjańskie”. Mimo konfliktów między ks. Br. Markiewiczem a salezjanami odnosił się do niego z wielkim szacunkiem.

Pisma Kardynała są spisane bardzo piękną polszczyzną. Jest to stara, bardzo piękna polszczyzna śląska, którą dziś już się nie pisze. Przypominały ją zwroty, których używał. Pisma jego nie są to wykłady teologiczne, gdyż przystosowane są do konkretnego celu.

Pragnę wspomnieć o stosunku Księdza Prymasa do biskupów. Wiem, że swoim taktem i mądrością doprowadził do zjednoczenia Episkopatu. W latach 1920-21 Episkopat Polski nie był zjednoczony, biskupi między sobą się nie rozumieli, nie znali się prawie zupełnie. Był to skutek istnienia trzech zaborów, z których każdy miał inne zagadnienia. Stąd nie mogli się dogadać ze sobą. Otóż działalność Księdza Prymasa doprowadziła m.in. do tego, że pozostał jednolity Episkopat.

Ksiądz Prymas zorganizował Akcję Katolicką. Miał on prosty, trzeźwy i roztropny sposób traktowania spraw. Były najrozmaitsze projekty i pomysły zorganizowania katolików. Istniała “Liga Katolicka”, wielka machina, poruszana tylko z okazji wyborów czy innych wydarzeń. Pracowała ona metodą wieców. Były różne organizacje partykularne, byli tacy, którzy z Akcji Katolickiej chcieli uczynić federację związków. Ksiądz kard. Hlond obrał drogę włoską i stworzył cztery podstawowe organizacje, a inne choć uznane za katolickie do Akcji Katolickiej nie należały. Mówi się np. że Sodalicje były organizacjami pomocniczymi Akcji Katolickiej, gdyż chciano, by ich członkowie pracowali w niej także, ale sodalicje z Akcji Katolickich nie były związane organizacyjnie. Tak samo “Odrodzenie” i jego seniorat nie były związane z nią organizacyjnie. Przeciw temu występował ówczesny ks. prof. Stefan Wyszyński, który opublikował w “Prądzie” artykuł, proponujący tworzenie stanowych czy zawodowych organizacji jako Akcji Katolickiej. Jest to bardzo ciekawy artykuł i warto go uwzględnić.

Męstwo Kardynała. Bardzo wyraźnie przejawia się ono w podejmowaniu decyzji w trudnych sytuacjach. Pierwsza taka sytuacja wystąpiła przy objęciu godności prymasowskiej w momencie po zamachu majowym, gdy wszystkie dotychczasowe formy pracy katolickiej stały pod znakiem zapytania. Chodziło o to, że większość biskupów związana była z obozem narodowym, niektórzy zaś sprzyjali Piłsudskiemu. Objęcie kierownictwa, wytyczenie drogi, współpraca z rządem przy równoczesnym zachowaniu zupełnej samodzielności – to była droga Prymasa Hlonda, który konsekwentnie trzymał się przez cały czas. Wyrazem wielkiego męstwa było o publikowanie listu pasterskiego “O zasadach życia państwowego” w 1932 r., kiedy biskupi bali się ogłosić ten list. Skoro nie zdecydowali się go podpisać, kardynał Hond opublikował list we własnym imieniu. Trzecim przykładem męstwa jest postępowanie w momencie nadchodzącej wojny. Polecił on zachować wszystkie archiwa, kazał tylko zniszczyć akta dotyczące protestu biskupów polskich przeciw działalności monsignora Rattiego na Śląsku przed plebiscytem. Z akt tych poczynił notatki dyrektor Archiwum Archidiecezjalnego ks. J. Nowacki, całość zaś zniszczył (były to akta prymasa Dalbora). Następnym dowodem męstwa był powrót do Polski w 1945 r. Dowodem wielkiego męstwa było objęcie rządów w Kościele i rozmowy z władzami tak, jak gdyby niczego złego się nie spodziewał. Kiedy w 1947 jechał do Pelplina na spotkanie z kardynałem angielskim, droga biegła przez Śląsk Dolny, gdzie był zamach na niego (rozsypane gwoździe na drodze). Ostrzeżony, jechał bocznymi drogami. Po przybyciu do Pelplina powiedział tylko, że na Dolnym Śląsku są bardzo złe drogi.

Kardynał – moim zdaniem – posiadał ogromną przenikliwość jako cechę przyrodzoną umysłu. Przenikał myśli ludzkie, przenikał intencje ludzkie i nie dawał się wprowadzić w błąd.

Wspaniałe jego posunięcie, stanowiące szczególniejszy przykład jego przenikliwości, było pojednanie z Kościołem rzymskim biskupa Kościoła narodowego ks. Farona. Biskup Faron był wytypowany na głowę Kościoła narodowego, który miał oderwać Polskę od Rzymu i przygotować zniszczenie religii. Biskup Faron w pewnym momencie powiedział sobie, że on tego robić nie będzie i zwrócił się do ks. prymasa Hlonda z gotowością powrotu do Kościoła katolickiego wraz z innymi biskupami kościoła narodowego. Ks. kard. Hlond załatwił pomyślnie tę sprawę. Zdjął z niego cenzury kościelne i pojednał z Kościołem. Nie mógł on sprawować funkcji biskupiej, ale nadal odprawiał Mszę wg rytuału biskupiego. Otrzymał on parafię na Ziemiach Odzyskanych i chyba dotąd żyje. Pokrzyżowało to całkowicie zamiary ateistów, tak iż przez rok czy półtora zrezygnowali z planów walki z Kościołem. Dowodzi to wielkiej przenikliwości Księdza Kardynała.

Cieszę się na proces, ale widzę także jego trudności. Są to: 1) niemożność ujawnienia wszystkich dokumentów, chociażby owego protokółu z Pelplina i innych; 2) drugą trudność widzę w tym, że w Poznaniu szereg ludzi będzie zeznawało w duchu niechętnym ks. kardynałowi Hlondowi z powodu tego, że nie dzielił z nimi losów w czasie okupacji. Będą to ludzie, którzy zresztą stali dość daleko od Kościoła; 3) po trzecie widzę trudności ze strony Niemców o sprawę biskupa Kallera i w ogóle o sprawę nominacji na Ziemiach Odzyskanych.

Na koniec chciałbym podkreślić następującą sprawę. Trzeba odróżnić dwie rzeczy mianowicie – ogromną cześć jaką miał, autorytet, szacunek, a zagadnienie kultu. Otóż z czcią spotkałem się bardzo często. Każdy, kto się spotykał z ks. kard. Hlondem, pozostawał pod wrażeniem jego osobowości. To był człowiek, który górował nad rozmówcą. To był jeden z niewielu ludzi, których spotkałem w życiu, w których odczuwałem jakąś niezwykłą potęgę. Co innego jest jednak jakiś kult, traktonie go jako człowieka Bożego. Tej drugiej rzeczy osobno bym nie odłączył i nie potrafiłbym odłączyć. Słyszałem, że on sypiał na bardzo prostym łóżku żelaznym, tak jak zakonnicy i prowadził wewnątrz pałacu biskupiego życie zakonnika.

Trzeba także podkreślić kult Matki Bożej. Wyraźnie wynika on z jego pielgrzymek, oddania Polski Matce Boskiej w opiekę; szczególnie ważny jest tu ten ostatni tydzień społeczny, który był w 1938 roku na Jasnej Górze. Był to tydzień społeczny, gdzie już była mowa o nadchodzących wydarzeniach. Poza tym są jego wypowiedzi w listach pasterskich zaraz po powrocie do Polski.

Archiwum Ośrodka Postulatorskiego Kard. Augusta Hlonda w Poznaniu

Paulina Chlondowska - W domu rodzinnym

U nas w domu rodzinnym panowało hasło: “módl się i pracuj”. Od najmłodszych lat uczyła nas matka pracować i modlić się. Nie było czasu na próżnowanie, bo matka zaraz upominała, że próżniactwo jest początkiem zła i że za każdą minutę trzeba będzie Panu Bogu zdać rachunek. Czasem było w domu wiele pracy do późnego wieczora. Nigdy jej nie brakowało przy małym gospodarstwie, więc przy pracy śpiewało się pieśni kościelne lub odmawiało różaniec. Różaniec odmawiało się w domu bardzo często. W niedzielę po mszy św. śpiewało się w domu “Godzinki”, a po południu trzeba było iść na nieszpory. Do kościoła było dosyć daleko, bo około 45 minut. Mimo to chodziło się na roraty, na nabożeństwa majowe i różańcowe. Matka była kobietą prostą, ubierała się po wiejsku, miała dobre serce, była życzliwa i cierpliwa, i wymagała posłuszeństwa. Nie znosiła pychy i zawsze mówiła, że pycha chodzi na jednej nodze, lub, że Bóg sprzeciwia się pysznym, a pokornym łaskę daje. Dzieci starały się być zawsze posłuszne tak matce jak i ojcu.

Ojciec, który pracował na kolei jako zwrotniczy, był również człowiekiem prostym, dobrym i dbał o dobre wychowanie swych dzieci. Był jednak przy tym bardzo surowy. (…) Był pobożny i nigdy nie rozstawał się z różańcem. W ogródku przed domem stała figura Matki Boskiej. Nocami świeciła się przed figura lampka oliwna, która ojciec codziennie zapalał i nigdy tej czynności nie zaniedbywał.

Pewnego razu napisał synowi Augustowi, który już był na wyższych studiach list z wyrzutem, że jeszcze nie odwiedził swoich rodziców, chociaż inni już ten obowiązek spełnili. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Nie czytałam tego listu, bo wtedy jeszcze nie chodziłam do szkoły a ojciec nie dał nam dzieciom tego listu przeczytać. Jedynie matka zdradziła nam po pewnym czasie cośkolwiek z tego listu. Syn August ubolewał bardzo, że rodzice uważają go za niedobrego syna i wspomniał, że są w błędzie, gdyż zawsze czci ojca i matkę i że jego rodzina jest teraz tam, gdzie się poświęcił. Mniej więcej taka mogła być dalsza treść tego listu: “A może byście mnie chętnie widzieli nie zakonnika, lecz jako proboszcza, bym tym samym bogacił rodzinę? Lecz i ten krzyż wezmę i chętnie poniosę”. Tak odpisał syn August na zarzut ojca. Po otrzymaniu tego listu ojciec był bardzo smutny a matka bardzo płakała.

Dzieci były wychowane w duchu polskim. Wszystkie chodziły na polski katechizm i z tego powodu ojciec miał nieraz nieprzyjemności i kłopoty w pracy, lecz nigdy nie ustępował. Zawsze się tłumaczył, że nie ma czasu na wychowanie dzieci, bo pracuje po 12 godzin dziennie, nie wliczając w to drogi do pracy, że wychowaniem zajmuje się matka, która nie opanowała dobrze języka niemieckiego i dlatego wychowuje dzieci po polsku.

Ojciec nasz był gorliwym Polakiem. Często opowiadał dzieciom o Polsce, o jej historii i kulturze i często śpiewał:

“Jeszcze Polska nie zginęła”. Dzieci z uwagą słuchały opowiadania, bo niewiele wiedziały o Polsce. (…)

Ulubionym jego zajęciem w wolnych chwilach było łowienie ryb – nie na wędkę i na haczyk, lecz na podrywkę. Blisko przepływająca Przemsza dawała ku temu okazję. Nie to jednak było jego największym zainteresowaniem. Pieczołowicie ukrywał przed żandarmami pruskimi strzelby, które czekały na stosowną chwilę, o której marzyło polskie społeczeństwo na Górnym Śląsku (…). Gdy ta stosowna chwila nadeszła, ojciec już nie żył. Wyręczył go natomiast najmłodszy Klemens, biorąc udział we wszystkich trzech powstaniach śląskich.

Druk: Kardynał August Hlond. Prymas Polski. Współcześni wspominają Sługę Bożego kard. Augusta Hlonda, s. 31-33.

S. Landrey - Jego Eminencja Kardynał Hlondw Bar-Le-Duc

W początkach marca, gestapo z Bar-le-Duc, poinformowane przez gestapo z Paryża, sprowadziło ks. kanonika Polimanna, wikariusza generalnego i radcę państwowego i oświadczyło mu: “Mamy pewnego dygnitarza kościelnego umieścić tu, w Bar-le-Duc, w jakimś klasztorze. Potrzebne będą trzy przyległe pokoje”. Ks. Kanonik pomyślał i zaproponował porozmawiać o tym z przełożoną Św. Pawła. Oficer niemiecki polecił mu załatwić co potrzeba.

Przełożona chciałaby znać narodowość prałata. Ks. Kanonik odpowiedział, że od Niemców niczego więcej nie mógł się dowiedzieć, tylko tego, że chodzi o dygnitarza kościelnego. Przełożona zakończyła: “Ostatecznie, będziemy służyć Kościołowi… w tym wypadku narodowość mało znaczy. Wolałabym jednak, aby to nie był Niemiec, ze względu na obecne okoliczności”.

W kilka dni później, ks. kanonik był w Nancy i po powrocie powiedział nam: “Na skutek posłyszanej rozmowy, dokonałem zestawienia faktów. Myślę, że będziecie miały biskupa czy kardynała polskiego” – A myśmy odpowiedziały spontanicznie: “No to wszystko w porządku”.

Jeszcze dwa tygodnie, jak myślę, upłynęły bez innych nowin. Potem, w Wielką Środę, 5 kwietnia, w samochodzie gestapo z Paryża, dwóch oficerów niemieckich, przywiozło wprost do gestapo w Bar-le-Duc, dokąd przybyli około g. 10.30, Kardynała Hlonda. Prymasa Polski, z jego sekretarzem, ks. Filipiakiem. Ks. Kanonik, natychmiast uwiadomiony, dał znać do św. Pawła. Po załatwieniu formalności na gestapo w Bar, oficerowie niemieccy przybyli z Paryża, zawieźli Kardynała i jego sekretarza najpierw do ks. kanonika Polimanna, który postarał się, aby im u niego podano posiłek. U ks. Kanonika więc, dokąd mnie zawezwano, po raz pierwszy zobaczyłam świątobliwego kardynała, ubranego na czarno, jak zwykły kapłan. Gdy skłoniłam się przed nim głęboko, aby mu złożyć uszanowanie, Jego Eminencja powiedział mi z dobrym uśmiechem, pokrywającym jego smutek: “Och, od czterech lat jestem tylko biednym włóczęgą”.

Oficer niemiecki Fischer, komendant gestapo w Paryżu, przeznaczony specjalnie do nadzorowania duchowieństwa we Francji, zaproponował swój wóz w podwórzu Św. Pawła. “Powierzamy wam księcia Kościoła – powiedział – będzie mógł robić, co zechce. Jego sekretarz będzie mógł wychodzić do miasta”. Chciał on zobaczyć apartament przeznaczony dla Kardynała.

Około 2 godziny, oficerowie niemieccy przyprowadzili do św. Pawła swego dostojnego więźnia oraz jego sekretarza. Ks. Kanonik towarzyszył im z szacunkiem. Drzwi domu były szeroko otwarte na ich przyjęcie a nasze zakonne serca drżały; tak byłyśmy przejęte zaszczytem goszczenia u siebie tego wielkiego Kardynała wygnańca i odczuwałyśmy wielkie pragnienie osłodzenia mu jego wygnania przez nasze starania pełne przywiązania.

Wieczorem, gdy oficerowie niemieccy odjechali, ks. Kanonik przedstawił naszą wspólnotę Jego Eminencji, który raczył do niej skierować kilka wzruszających słów. Wyraził swoje zadowolenie, że znalazł się we wspólnocie, że ma do dyspozycji kaplicę, po przeżyciu dwóch miesięcy zamknięty ze swym sekretarzem w małym pokoju na 4. czy 5. piętrze. Dodał też, że sam również jest zakonnikiem, salezjaninem i że w Zgromadzeniu przeszedł przez wszystkie szczeble aż do prowincjalatu. Na tym stanowisku znalazła go nominacja na kardynała, ale teraz jest on tylko biednym włóczęga, że dziękuje Bożej Opatrzności za to, że przyprowadziła go dziś do wspólnoty Dzieła Prasy, które mu przypomina dzieło św. Jana Bosco, – “Z całego serca udzielam wam mego błogosławieństwa” powiedział i szerokim gestem, Jego Eminencja pobłogosławił nam z wielką dobrocią. Wszystkie siostrzyczki były uszczęśliwione i miały wrażenie, że widzą Watykan.

Ks. Kanonik zaraz napisał do Jego Eminencji Nuncjusza i do JE kard. Suharda, aby ich poinformować o nowym miejscu pobytu Kardynała Prymasa Polski, o którego niepokoił się Ojciec św. Ich Eminencje natychmiast napisali do JE Ks. Kard. Hlonda. Skierowali również podziękowania do ks. kanonika Polimanna za jego starania o polepszenie jego smutnego położenia.

Nazajutrz, w Wielki Czwartek, Jego Eminencja odprawił Mszę św. w naszej małej kaplicy i udzielił Komunii św. swemu oddanemu sekretarzowi. Ich wzruszenie było widoczne, bo po raz pierwszy od dwóch miesięcy Jego Eminencja mógł odprawić Najśw. Ofiarę i to, uderzający zbieg okoliczności, w ten dzień wspominający ustanowienie Świętej Eucharystii i Kapłaństwa.

W Wielką Sobotę, ks. kanonik Parisot, nasz kapelan, miał zaszczyt udzielić Komunii Świętej dobremu Kardynałowi oraz jego sekretarzowi.

W dzień Wielkanocy, Jego Eminencja odprawił Mszę św. konwentualną, podczas której Małe Siostry doznały wielkiej radości otrzymując z jego rąk Świętą Hostię. Następnie, ks. Filipiak, który od swego internowania w Paryżu – a więc od dwóch miesięcy – nie miał pociechy odprawiania Mszy św., śpiewał sumę ze wzruszającą pobożnością, która nas wielce zbudowała.

I tak, w dalszym ciągu, miałyśmy, przez pięć miesięcy, wspaniały przywilej uczestniczenia każdego ranka we Mszy św. kardynalskiej i radość komunikowania z rąk dostojnego prałata w dni większych świąt. Ks. Filipiak wykonywał stopniowo funkcję kapelana z wielką dokładnością i radością.

Nasi dostojni pensjonariusze przybyli z Paryża w skrajnym ubóstwie: ani mszału, ani brewiarza, ani różańca, nic… A chociaż mogłyśmy im ofiarować tylko skromne pomieszczenie, znaleźli oni u św. Pawła przyjęcie dobrowolne, środowisko zakonne i atmosferę nacechowaną pełną szacunku sympatią. Do ich dyspozycji oddałyśmy apartamenty zarezerwowane zazwyczaj dla biskupstwa z Verdun, albo dla wyższych przełożonych Zgromadzenia: a więc dwa biuro-salony z przyległymi sypialniami. Te dwa biura mają bezpośredni dostęp do kaplicy. Wyjście z sypialni wiedzie do wielkiego korytarza z drzwiami na końcach, pozwalającymi na niezależne wychodzenie z jednej strony do ogrodu, z drugiej na podwórze naprzeciw bulwaru.

Jego Eminencja spożywał swoje posiłki w małym refektarzu, skromnym ale bardzo przytulnym, tuż przy kuchni. Ks. kan. Polimann przychodził dość regularnie zasiadać przy ich stole, aby im towarzyszyć i zaciekawiać ich nowinami dnia. Ks. kan. Parisot był też kilka razy ich gościem, szczęśliwy, że w ten sposób miał sposobność słuchać Jego Eminencji zawsze rozmownego, ufnego optymistę. On sam pisze swoje małe sprawozdanie.

Ks. kanonik Polimann poczynił wszelkie zabiegi konieczne, aby z Prefektury otrzymać usługi: karty żywnościowe i bony niezbędne do nabywania potrzebnego pożywienia. A że wspólnota posiadała ogród warzywny i wybieg drobiu, nietrudno mu było skompletować to, czego nie było w sklepie.

JE ks. bp Petit, biskup pomocniczy z Verdun, powiadomiony jako pierwszy o przybyciu Jego Eminencji, pospieszył ze złożeniem mu wizyty, którą ponawiał nieraz, okazując całą swoją troskliwość, zaznaczając ją dyskretnie wspaniałomyślnym gestem.

Kapłani z miasta i okolicy przybywali jedni po drugich złożyć swoje uszanowanie Jego Eminencji. Niektórzy zakonnicy przybyli również prosić go o błogosławieństwo, a pobożne osoby przedkładały do pobłogosławienia przedmioty kultu, które zachowają jako cenne pamiątki.

Nie zaniedbajmy też wspomnieć odwiedzin pewnego czcigodnego Ojca Benedyktyna z Hautecombe (Sabaudia), który przekroczył linię demarkacyjną, aby dostarczyć Jego Eminencji część ubrań, które musiał zostawić w Opactwie, z racji swego nagłego wyjazdu. Niestety, najważniejsza waliza, zawierająca ubiory ceremonialne i niektóre inne cenne przedmioty, została prawdopodobnie skradziona podczas podróży. Ks. Filipiak wyraził żal z tego powodu, ale święty Kardynał przyjął to z doskonałym oderwaniem.

Bardzo miłymi odwiedzinami dla Kardynała była wizyta Ks. Rektora Polskiej Misji w Paryżu, który kilkakrotnie przybył, aby przedłożyć Jego Eminencji wzruszające świadectwa i serdeczny szacunek Polaków rozsianych w stolicy.

Dwóch czy trzech kleryków polskich, przybyło z Paryża lub Nancy, aby zasięgnąć wiadomości o swoim czcigodnym Prymasie i złożyć mu list hołdowniczy. Kilka polskich rodzin pracujących po okolicznych gospodarstwach prosiło o audiencję u Kardynała, wyrażając mu swoje głębokie przywiązanie i podziw.

Dom Św. Pawła doznawał prawdziwego upodobania w popieraniu tych dyskretnych odwiedzin przyjaciół i podopiecznych dostojnego Więźnia – bo w zasadzie nie były one dozwolone.

Ks. kan. Polimann, ze swej strony, skontaktował z ks. Filipiakiem ks. Gallemina, seminarzystę z Verdun, na wakacjach u swej rodziny w Bar-le-Duc oraz p. Perreau, ówczesnego sekretarza generalnego Prefektury Mozy. Jeden i drugi spędzili sporo czasu z ks. Filipiakiem i mieli zaszczyt zbliżyć się do Jego Eminencji, podziwiać jego dzielność i pogodę oraz skorzystać z mądrych wypowiedzi.

Poza tymi nielicznymi dobrowolnymi odwiedzinami, kardynał Hlond żył u nas jak klauzurowy zakonnik. Czas swój dzielił na modlitwę, czytanie i długie przechadzki po ogrodzie. Lubił modlić się, rozmyślać, przechadzać się po cienistych alejach interesując się drzewami owocowymi, ogrodem warzywnym, a nawet wybiegiem drobiu. W tym życiu prywatnym, zupełnie osobistym, nie gardził nawet jagniętami i koźlętami, które także korzystały z uśmiechu pełnego dobroci. Skromne rozrywki dla osobistości tego wymiaru. Byłyśmy tym zbudowane, ale także czasem wzruszone.

Na szczęście ks. kan. Polimann zainstalował potajemnie w sypialni mały aparat radiowy, aby dostojny więzień nie był całkowicie odizolowany od świata zewnętrznego, a przede wszystkim pozbawiony wiadomości o swojej ukochanej, umęczonej Polsce.

Po wysłuchaniu informacji radiowych, widziano nieraz Kardynała-Prymasa przechadzającego się długo po ogrodzie i rozmawiającego ze swym sekretarzem… może o wydarzeniach dnia. Ale ten wysoki dygnitarz zawsze robił wrażenie przez swoją imponującą postawę, swój majestatyczny chód, swoją ujmującą fizjonomię. A jeszcze przez swój pasterski krzyż, który zwykle błyszczał na jego piersi; Jego Eminencja w dni świąteczne chętnie zakładał szeroki pas i biret koloru purpurowego. A my, Małe Siostry, jego pokorne służki, skłaniałyśmy się głęboko, gdy przechodził, czcząc w jego osobie reprezentanta słodkiego Jezusa Chrystusa.

W dniach 7 i 8 maja, z okazji święta św. Stanisława, jednego z Patronów Kardynała-Prymasa, Wspólnota zorganizowała pobożne a serdeczne święto. Była ona uszczęśliwiona, mogąc ofiarować Jego Eminencji swoje życzenia, swoje modlitwy, ze śpiewami, powinszowaniami, kwiatami i chorągwiami o barwach polskich. W kaplicy, przystrojonej na tę okoliczność, mały chór wykonał swoje najpiękniejsze utwory. Jego Eminencja, wielki artysta, ale bardzo wyrozumiały, zechciał zapamiętać tylko dziecięcy pietyzm, jaki natchnął Małe Siostry śpiewaczki. Szczególnie wzruszyła go pieśń do św. Stanisława na melodię polskiego hymnu narodowego.

W czerwcu, małą rozrywką była wycieczka do drewnianego domu Św. Pawła, położonego na wzgórzu, 25 minut od miasta. Podczas gdy przełożona przy pomocy trzech Małych Sióstr przygotowywała tam wiejski posiłek, ks. kan. Polimann, wierny towarzysz naszych kochanych Gości, zaprosił ich na przechadzkę brzegiem lasu, a potem szosą, skąd jest miły widok. Wyszli przedpołudniem, a wrócili pod wieczór, zachwyceni tym dniem na świeżym powietrzu.

Dzień, który zapisze się wśród najlepszych wspomnień dobrego Kardynała, wygnańca, jest z pewnością jego podróż do Verdun i wycieczka do Douaumont. Ks. kan. Polimann, żywiąc prawdziwy kult dla Jego Eminencji, zawsze się starał, aby go odsunąć od niemieckich niedyskrecji, sam otaczał go swymi delikatnymi i pełnymi szacunku względami. To też zawczasu poczynił w gestapo starania, aby otrzymać potrzebne na taką podróż pozwolenie, nie przyjął kierowcy i samochodu niemieckiej policji, a zapewnił wóz i pilota z prefektury. Ks. Kanonik musiał tego dnia wyjechać z Bar-le-Duc, nie miał więc przyjemności towarzyszyć Kardynałowi do Verdun, ale podróż odbyła się w obiecanych warunkach, a p. sekretarz generalny Perrea umiał zaszczyt wieźć go tam i z powrotem. W Verdun, Jego Eminencja został przyjęty przez biskupa Ginisty i jego biskupa pomocniczego, zwiedził katedrę, w krużganku pobłogosławił kleryków i ich wychowawców. Po południu JE bp Petit towarzyszył Jego Eminencji do Douaumont. Kardynał Prymas podziwiał wspaniały pomnik, przypominający chwalebną przeszłość historyczną, patriotyczną i religijną, który przynosi zaszczyt jego fundatorowi, JE biskupowi Ginisty, rycerskiemu biskupowi z wojny 1914-1918.
W drodze powrotnej nasi znakomici pielgrzymi zatrzymali się w Rembercourt-aux-Pots, gdzie pozdrowił godnego pasterza parafii, księdza Joignon i podziwiali piękny kościół, zaliczony do pomników historycznych.

Zwróćmy uwagę na sumienność szefa gestapo, który złożył Jego Eminencji wizytę rano przed jego wyjazdem do Verdun i nazajutrz rano, aby się upewnić o jego powrocie. Prawie każdego tygodnia oficer niemiecki zjawiał się, aby zasięgnąć wieści o ich dzielnym Więźniu. To zakamuflowane śledzenie odbywało się zawsze, jak sądzę, w sposób odpowiedni. Największą niedogodność dla Prymasa stanowiło być wypytywanym, bo Niemcy ciągle mieli nadzieję, że otrzymają informacje jakich byli chciwi. Ale Książe Kościoła nigdy się nimi nie speszył, a niefortunni wizytatorzy nigdy nie mogli zaskoczyć jego roztropności i przenikliwości.

W lipcu, oficer Fischer, szef gestapo w Paryżu, przybył również spędzić jeden dzień z Kardynałem. Ponieważ ani na chwilę nie opuszczał Jego Eminencji, ks. Filipiak wyprowadził go na przechadzkę po mieście i okolicach. Przy tej sposobności także Kardynał i jego uczeń zostali poddani ścisłemu przesłuchaniu. Fischer usadowił się przy stole z naszymi zwykłymi gośćmi. Tymczasem jego obecność nie była dla nich naprawdę przykra, bo Fischer, który był dozorcą Kardynała przez 2 miesiące w Paryżu nie mógł się obronić przed uczuciem podziwu dla swego znakomitego Więźnia i wbrew swemu pożałowania godnemu mundurowi, ten Niemiec nie potrafił ukrywać dłużej swego pociągu pełnego szacunku dla tej dzielnej osobowości.

W końcu, mijały tygodnie i miesiące, wojna się wzmagała, alarmy, bombardowania poważniejsze, wszystko zapowiadało bliski koniec, ale w jakich warunkach? Małe Siostry od Świętego Pawła mówiły między sobą: “Oby tylko Niemcy zapomnieli u nas naszego świątobliwego Kardynała”. A tymczasem Jego Eminencja obserwował uważnie fale samolotów przelatujących nad naszymi głowami w dzień i w nocy. W chwili niebezpieczeństwa, Jego Eminencja miłym i dyskretnym gestem zapraszał nas do schronu, gdzie ukrywał się razem z nami, wmieszany w nasz personel zewnętrzny i sąsiadów dzielnicy, szukających schronienia w naszych piwnicach. Jego Eminencja mówił mało, ale jego postawa godna, spokojna, życzliwa, napełniała ufnością tych dobrych ludzi, szczęśliwych i dumnych ze zbliżenia się z uniżonością do tak dostojnej Obrony.

Kilka dni przed wyzwoleniem, pewne osobistości o dobrych intencjach, zaproponowały Kardynałowi, że go ukradną władzom okupacyjnym i ukryją w bezpiecznym miejscu. Jego Eminencja oparł się temu z obawy, że ucieczka ściągnie nowe straszliwe represje na tysiące Polaków mieszkających we Francji i nie chcąc sprowadzać nieszczęść na Dom, który mu udzielił gościny.

Z dnia na dzień sytuacja stawała się drażliwsza. W poniedziałek, 28 sierpnia, w święto św. Augustyna, Patrona Jego Eminencji, zadźwięczał dzwonek u drzwi wejściowych o godz. 7 rano. Oficer Fischer – o którym była mowa wyżej – przedstawił się Przełożonej i poprosił o rozmowę z Kardynałem. – Ks. Filipiak odprawiał Mszę św. w kaplicy. Przeczucie nim zatrzęsło, ale z pobożnością wykonywał nadal swe święte czynności.

Przełożona, która też wszystko zrozumiała, poszła nieśmiało zapukać do biura Kardynała, którego zastała na modlitwie. Jego Eminencja poprosił o przyprowadzenie oficera, który powiadomił go o jego wyjeździe, w ciągu dnia, do Westfalii, prosząc, aby był gotowy na godz. 15. Rozmowa była krótka. Fischer odszedł. Zaraz potem Kardynał wszedł do kaplicy, klęknął na swoim zwyczajnym klęczniku, potem przywdział szaty kapłańskie i poszedł do ołtarza z niewzruszonym spokojem.

W ciągu przedpołudnia, Małe Siostry, bardzo zasmucone, pomagały w ostatnich przygotowaniach. W południe Fischer już był na miejscu jako dozorca pilnujący swoich szlachetnych Więźniów.

Jego Eminencja wymknął się, aby ostatni raz pobłogosławić Małe Siostry zebrane we wspólnocie i skierować do nich, w wyrażeniach jak najdelikatniejszych, słowa zachęty do odwagi oraz pokrzepienia. A że ciche łzy płynęły, świątobliwy Kardynał zawołał: “Za trzy lata wrócę was odwiedzić. Przedtem będziemy, jak i wy jeszcze będziecie, cierpieć, ale później wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze we Francji”.

Do p. Perreau, sekretarza Prefektury, który przybył rano, aby pożegnać Kardynała i prosić go, czy by mógł mu wyświadczyć przysługę, Jego Eminencja opowiedział: Ja mam jedną prośbę do pana: cokolwiek się stanie, niech pan zawsze broni Świętego Pawła”. Tę prośbę świątobliwy Kardynał bez wątpienia skierował również za nas do Pana Boga, bo w dniach tragicznych i bolesnych, które nastąpiły, czyż nie byłyśmy cudownie bronione i czy nie miałyśmy wyraźnie wrażenia, że pod opieką naszych Świętych z nieba, błogosławieństwo świątobliwego Kardynała wygnańca, spływało na Dom, na Wspólnotę, na każdą z naszych dusz.

Wreszcie, między godziną 15 a 16, pierwszy wóz gestapowski unosił bagaże, potem przyjechał drugi wóz z dwoma niemieckimi oficerami. Kardynała poproszono, aby wsiadł ze swoim sekretarzem. Więc na pełnym alarmie uzbrojony wóz wymknął się, a jak Apostołowie w dniu Wniebowstąpienia ich Boskiego Mistrza, myśmy zostały na miejscu, nieruchome, milczące, o tyle bardziej zmartwione, że dobrześmy wiedziały, iż Książę Kościoła, którego nam porwano, nie wstępował do nieba, ale w dalszym ciągu piął się na swoją Kalwarię.

Druk: Kardynał August Hlond. Prymas Polski. Współcześni wspominają Sługę Bożego kard. Augusta Hlonda, s. 100-110.